san francisco
16 września 2015 Ameryka

Erotyczne San Francisco

Znane na całym świecie ze swojego obyczajowego wyzwolenia jest dokładnie takie, jak mówią legendy. Piękne, optymistyczne, kolorowe i erotycznie wybujałe. Dla kogoś takiego jak ja, kto całymi godzinami przesiadywał w lokalnych kawiarniach pisząc powieść z “momentami”, San Francisco było niewyczerpywalnym źródłem inspiracji. Jest nim zresztą do dziś.

Ciekawość zaprowadziła mnie w miejsca niewiarygodne, do których dostęp nie był wcale łatwy. Zachęcona dansingami w Armory Club przynależącym do wytwórni Kink.com, paradami LGBT i kawiarniami BDSM przy ulicy Folsom, byłam ciekawa, co jeszcze San Francisco ma do zaoferowania ciekawskiej i spragnionej przygód Europejce. Przeczucia mnie nie myliły, San Francisco to chyba najbardziej sekspozytywne miejsce w tej części świata, gdzie każdy amator znajdzie swojego potwora, a wszystko, co ludzkie nie może być obce – jest swojskie i nikogo nie dziwi.

Mission Control

Bardzo dobrze znana w San Francisco społeczność tworzona przez ludzi z rozmaitych sekssubkultur, takich jak „Queer, Poly, BDSM, Lifestyle, Trans, Tantra, and everything in between” (jak czytamy na stronie) przez kilka lat miała swoją siedzibę w Mission, później w pobliskim Oakland. Na starych zdjęciach przedstawiających Mission Control, widzimy kolorowe, przytulne mieszkanie przypominające indyjską sypialnię. Oglądając je słyszysz w duszy piosenki Janis Joplin. Jest sielankowo. Podobno gospodarze witali z otwartymi ramionami wszystkich, którzy stanęli w progu tego domu. Niezależnie, czy byli to doświadczeni amoryści, czy zaintrygowani debiutanci. Miejsce żyło, rozwijało się, a wielu traktowało je jak swój dom.

Trudno mi zrozumieć, co kierowało sąsiadami, z którymi MS współdzieliło budynek, a także jego właścicielem (w końcu mieszkańcy San Francisco to ludzie otwarci i tolerancyjni), że zaprotestowali i zażądali eksmisji entuzjastów wolnej miłości. Raz dwa i było po sprawie. Nasi hipisi musieli się wynieść i od tamtej pory tułają się po mieście, wynajmując sporadycznie sale koncertowe i kluby, gdzie organizują spotkania.

Zasady uczestnictwa w imprezie Mission Control są proste. Musisz mieć kogoś do pary – oboje (obaj bądź obie) jesteście za siebie odpowiedzialni, opiekujecie się sobą i wychodzicie razem. Każdy przynosi swoje napoje. Wstęp jest płatny. Możesz wziąć udział po wcześniejszym zarejestrowaniu się. Miejsce jest podzielone na strefy: w jednej gra muzyka, ludzie rozmawiają, poznają się i bawią, druga to strefa intymna i tam dzieje się wszystko, co nie śniło się filozofom. Oczywiście jeśli znajdziesz z kimś “wspólny język” i chcesz żeby z tą osobą coś się zadziało – pytasz. Zawsze pytasz. Musisz też pamiętać, żeby nie pomylić stref: w jednej tańczymy, w drugiej się całujemy.

Pamiętam dobrze tych wszystkich uśmiechniętych, uprzejmych ludzi w każdym wieku. Dziewczęta, które pojawiały się w strefie neutralnej rumiane, zrelaksowane, w półprzezroczystych narzutkach. Piły lemoniadę i po chwili znów wracały na górę na godzinę lub dłużej. Wspominam doskonałą muzykę. Bawiliśmy się do Fleetwood Mac i starych piosenek Madonny.

Centrum seksu i kultury

To miejsce prowadzone przez ludzi, w których żyłach płynie krew hipisów (jakże by inaczej!). Działa prężnie organizując regularne warsztaty (również literackie!) i obejmując patronaty nad różnymi wydarzeniami, którym przyświeca idea sex positive. Ponadto dysponuje bogato zaopatrzoną biblioteką, w której znajdziemy pozycje poświęcone seksualności w niemal każdej jej formie.

Zlokalizowane jest w SoMa, czyli dzielnicy, w której chcą mieszkać wszyscy startupowcy rozpoczynający swoją przygodę w Dolinie Krzemowej. Jest stąd zaledwie rzut kamieniem choćby do siedziby Twittera. No i mieszczą się tu najlepsze biura. Najlepsze, czyli takie, w których dzielisz przestrzeń z ludźmi kreatywnymi i przedsiębiorczymi, przede wszystkim jednak z tymi, którzy inwestują pieniądze w projekty tych kreatywnych i przedsiębiorczych.

centrum_seksu_i_kultury

Wchodzisz prosto z ulicy. Wystrój przypomina altanki na terenach polskich ogródków działkowych. Wszędzie wiszą plakaty i zdjęcia, przede wszystkim z roześmianymi golasami, a także ogłoszenia (np. to o kinky tea – w niektórych kawiarniach w godzinach popołudniowych spotykają się na herbatkę kinkowe damy w pełnym fetyszowym rynsztunku). Wokół kręci się dużo ludzi, każdy każdego zna. Jest jednocześnie przytulnie i obskurnie.

Tamtego dnia Centrum organizowało imprezę o wdzięcznej nazwie Masturbathon. Bez problemu można się domyślić w czym rzecz, był to bowiem najzwyczajniej w świecie maraton onanistów. W dodatku taki, któremu przyświecała szczytna idea. Wszystkie pieniądze zebrane w ramach imprezy miały zostać przekazane na działania z zakresu edukacji seksualnej. Obowiązywał cennik – przedstawienie jednego aktora w jednym akcie (czyli krótkie) było warte jakieś $10, a już w trzech aktach (czyli długie) jakieś $30. Wszelkie dodatkowe atrakcje, takie jak efekty specjalne typu squirt – nawet $100. Zgromadzona publiczność (oczywiście obowiązywały biletu wstępu) nagradzała występy odpowiednio wysokimi datkami. Nie. Nie kupiłam biletu.

Good Vibrations

To najlepsza sieć sklepów erotycznych z jaką się dotąd spotkałam. Powstała w latach 70 z inicjatywy Joani Blank, której zależało na stworzeniu alternatywy dla zwykłych sex shopów. Pierwszy sklep, który zresztą świetnie prosperuje do dziś, otwarto w Mission. Jego przestronne, jasne wnętrza i panująca tam pozytywna atmosfera natychmiast doceniły mieszkanki San Francisco. Dziś to najpopularniejszy butik erotyczny w mieście, który przyciąga nie tylko kobiety.

Pozostałe sklepy mieszczą się w Bay Area, z czego większość i tak w samym San Francisco (i jeden w Brookline w stanie Massachusetts). To jedyna wada Dobrych Wibracji – z ich wspaniałości korzystać możesz tylko w Mieście Mgły. Oczywiście, działa też sklep internetowy, ale wszyscy i tak wiemy, że to nie to samo…

Przeogromny wybór zabawek i wszelkiego innego akcesorium, wyselekcjonowanych starannie i w przemyślany sposób. Żadnych bubli! Obsługa na medal – przede wszystkim kobiety, ale znajdzie się także kilku mężczyzn (same wyraziste, pogodne osobistości). Szeroki wybór książek, filmów i albumów. Zero pierdółek popularnych w polskich sklepach “idealnych na wieczór panieński”, za to krocie nietuzinkowych rzeczy takich jak gry fabularne zredagowane przez miejscowych literatów.

CAT Club

Karaoke z black metalowymi przebojami? Pokazy bondage i shibari na żywo prowadzone przez Two Knotty Boys (jeden z nich prowadzi teraz warsztaty na Kink University)? Tańce do Laibacha i Rammsteina? Występy drag queens? Prześliczne dziewczyny tańczące na podestach zarówno do przebojów Joy Division, jak i Michaela Jacksona? To wszystko, i wiele więcej, odnaleźć można w CAT Club.

cat_club

Organizowane tam cykliczne Bondage a Go Go mogą zrobić wrażenie nawet na starej gotyckiej wyjadaczce. Widziałam już na żywo podwieszania, zawieszanie na hakach, pokazy skaryfikacji i piercingu, popisy specjalistów shibari, przedstawienia z udziałem kobiety ziejącej ogniem i jej wiernego naziczłowiekopsa…, ale rażenia prądem na przykład nie widziałam. Do tej pamiętnej, pierwszej imprezy w CAT Club.

Oto para zakochanych w wieku moich rodziców – ona a la lolita, on w cylindrze i cały w kablach. Co chwilę wsuwa ręce pod toaletę swojej towarzyszki, a ona nie może przestać chichotać. Falbaniasta spódnica zaczyna przypominać abażur – okazuje się, że jej towarzysz razi ją prądem przez dotyk, a to światło dobiegające spod jej koronek, to elektryczne wyładowania. Nie mogę wytrzymać, zaintrygowana podbiegam i pytam, czy ją to boli. Mówi, że nie: “Nie! Chcesz spróbować? O ile oczywiście nie masz rozrusznika serca, czy coś…” Bardzo chcę, naturalnie, na co dżentelmen dotyka moich dłoni i ramion. Wrażenia jak w SPA podczas peelingu cukrowego.

Z krótkiej wymiany zdań dowiaduję się, że oboje pracują na Uniwersytecie w Berkeley. Potwierdza to popularną w San Francisco teorię, która mówi, że na podstawie jednej informacji na temat człowieka, w żadnym wypadku nie należy wyprowadzać wniosków. Tu miliarderzy paradują w podartych dżinsach i rozciągniętych swetrach, bezdomni mają iPhony, prezesi prestiżowych firm przyodziewają po pracy seledynowe fishnety, a ceniona fizyczka lubi jak mąż łaskocze ją prądem w obecności obcych ludzi. I to wszystko jest tutaj absolutnie normalne.

CAT Club, Mission Control, Good Vibrations… podobnych miejsc w San Francisco nie sposób się doliczyć. Mimo, że między sobą różnią się dość mocno, łączy je jedna, najważniejsza rzecz, za którą bardzo tęsknię: rozentuzjazmowani i uśmiechnięci ludzie. Opowiem Wam o nich!