1 grudnia 2014 Polska

Horror Kraków

Przez cały październik, który spędziłam w Krakowie, starałam się zapoznać z tym miastem pozaprzewodnikowo, na swój sposób. Celowo unikałam Krakowa Turnaua i Grechuty i jeden tylko wieczór spędziłam w Singerze, gdzie swój Kraków ma Świetlicki i Maleńczuk. I w końcu, zupełnie nieoczekiwanie, ten literacki Kraków mnie dopadł. Stało się to pewnego słonecznego dnia, kiedy trafiłam na Rynek. To tutaj, a dokładnie w tutejszych toaletach miejskich, rozpoczyna się akcja jednej z moich ulubionych książek.


Giełdziarz stanął w kolejce. Miał przed sobą niemieckiego turystę we flejersie i spodniach z siłowni, studenciaka i starszego faceta wspartego na lasce. Temu śpieszyło się najbardziej – przestępował z nogi na nogę, nadymał wargi i giął się wpół.
– Zawsze mówię, że gdyby każdy miał broń, najwięcej morderstw byłoby w publicznym sraczu – odezwał się student.

Książka, o której przypomniałam sobie stojąc przed Sukiennicami, i z której pochodzi cytat, to “Horror Show” ulubionego szczególnie Łukasza Orbitowskiego. Zaraz obok “Tracę ciepło” to moja druga ulubiona książka tego autora i jeden z ulubionych horrorów w ogóle. Jest w niej to, co mnie przeraża najbardziej, czyli realistyczne potworności, takie, co zdarzają się w miejscach, które dobrze znamy i które wydaje nam się, że oswoiliśmy. No bo to przecież niemożliwe, żeby na osiedlu z wielkiej płyty, w samo południe, zaatakował cię zły duch. No niemożliwe! A jednak pamiętam, że po lekturze Horror Show, wiele lat temu, zaczęłam doszukiwać się zapowiedzi koszmarów nie tylko w ruinach zamków i opuszczonych fabrykach, ale we wszystkich kawałeczkach miasta. No niech mi ktoś powie, że winda w wieżowcu z lat 70 nie może być nawiedzona!

Głównego bohatera książki, wspomnianego w cytacie Giełdziarza, poznajemy w toaletach publicznych na krakowskim Rynku, by potem, śledząc jego losy, poznawać Kraków. Innym okiem spojrzeć na ulicę Starowiślną, Krowodrzę, Sródmieście, Prądnik Biały.Kupiłam nowe wydanie książki (jak się później dowiedziałam, ze zmienionym zakończeniem) i postanowiłam przespacerować się wspomnianymi przez autora lokacjami. Wymyśliłam sobie, że skonfrontuję swoje wyobrażenia z rzeczywistością, a przy okazji lepiej poznam miasto. Pamiętając, że Łukasz spędza ostatnio dużo czasu w Krakowie, postanowiłam go na ten spacer zaprosić. Spytał uprzejmie dokąd chcę pójść, a ja w swoim entuzjazmie odparłam, że wszędzie!

Kazimierz

Spotkaliśmy się w Alchemii na Kazimierzu, jednej z najstarszych tutejszych knajpek (tutaj Giełdziarz spotyka się ze swoją dziewczyną). Wybraliśmy to miejsce dlatego, że chciałam zobaczyć szkołę podstawową, w której toczy się akcja “Tracę ciepło” i która, jak się okazuje, istnieje naprawdę (mieści się nieopodal). Przy okazji wysłuchałam ciekawych historii o samej dzielnicy.

alchemia

O tym, że jeszcze całkiem niedawno ta część miasta była w kompletnej ruinie, mówiło mi już klika osób, a jednak tego dnia opowieści o starym Kazimierzu zrobiły na mnie wrażenie. Dziś, kiedy spoglądam na kamienice, w których otwarto hoteliki, restauracje, galerie i puby, nie mogę uwierzyć, że paręnaście lat temu urzędowała tu głównie żulerka. A jednak. Łukasz bardzo dobrze to pamięta, bo wychował się na Kazimierzu. Zna wszystkie uliczki, chodził do tutejszej szkoły podstawowej, którą potem opisał w swojej książce. Dziś wspomina, że te wszystkie popularne knajpy przy Placu Nowym, były kiedyś mieszkaniami, a przez okna, tak nisko osadzone, można było zajrzeć do środka. Mówi, że była bida. Opowiada o pedalskiej melinie, która znajdowała się nieopodal jego domu. Wspomina jak będąc dzieciakiem natknął się pewnego dnia, przed szkołą, na rumuna z tobołem, który stamtąd wychodził. Mówi to wszystko, a mi trudno uwierzyć. Widzę te meleksy z turystami prujące przez Kazimierz, knajpki, w których serwują łososiowy tatar z jabłkiem i truskawkami i nie mieści mi się to w głowie. Przecież to nie są zamierzchłe czasy. Dzieciństwo Łukasza było tak niedawno. Te pedalskie meliny były tak niedawno.

Kazimierz, dawna dzielnica żydowska, gdzie brud i przepych wzięły ślub. Wieczorem można tu wygrać butelkę, zakładając się, że następnych dziesięciu przechodniów będzie kompletnie zalanych. Zabytkami da się podbić oczy. Większość starych cwaniaków przeniosła się na osiedla, gdzie żyją jak dawniej i tylko klną na czym świat stoi, że ich wypierdolili. Pozostali najtwardsi albo najmniej zaradni – ale i na nich przyjdzie pora. Na razie okupują bramy, zaułki i ławki nad Wisłą, a odnowiona synagoga jest dla nich symbolem niszczycielskiej siły.

Lanie mordy

Trafiamy przed budynek szkoły, do której uczęszczał Łukasz i która jest miejscem akcji “Tracę ciepło”. To wielki, przepiękny gmach ciągnący się niemal wzdłuż całej ulicy Wąskiej. Na przeciwko zaś stoi szarobury budynek, do którego decydujemy się zajść w pierwszej kolejności. To tutaj mieszkał chłopak z książki, który zabił szkolnego ciecia. Na klatkę schodową możemy wejść bez problemu, drzwi są otwarte. Dowiaduję się, że na przestrzeni lat niemal nic się tu nie zmieniło. To dość ciekawe, zważywszy na metamorfozę Kazimierza.
Wychodzimy na podwórko na tyłach bloku. Jest dokładnie takie, jak podwórka z powieści.

Okazuje się, że podstawówki nie ma tu od dwudziestu lat. Teraz jest liceum. Udaje nam się wejść do środka i zrobić kilka zdjęć. To niezwykłe, że dokładnie tak ją sobie wyobrażałam. Korytarze są długie, jasno oświetlone, na ścianach łuszczy się seledynowa farba (ponoć ta sama od lat). Inaczej jest w wyremontowanych piwnicach, gdzie w powieści dzieją się najgorsze rzeczy. To muszę przyznać, że “Tracę ciepło” zrobiło na mnie największe wrażenie jeśli chodzi o przedstawienie dziecięcej przemocy. Zawsze mnie chyba będzie bardziej przerażać to, jak wzajemnie ludzie potrafią się krzywdzić, wliczając w to dzieci.
Łukasz pokazuje mi łazienkę, w której dzieciaki podtapiały w muszlach klozetowych upatrzonych kolegów, schody na których chwytało się ofiarę, przewracało na plecy i pluło na nią przeżutym jedzeniem. Z “Tracę ciepło” dowiedziałam się, że takie wymemłane i wyplute śniadanie nazywa się chałwą.

W podziemiach, obecnie elegancko wyremontowanych, odnajdujemy wnękę, w której kiedyś mieściła się słynna kanciapa ciecia. To prawda, że w jej drzwiach znajdował się wystarczająco duży otwór, by móc przykładając doń usta, pluć na kolegę zamkniętego w środku. Kiedy mija nas grupa młodzieży wracająca z zajęć wf, zastanawiam się, czy w ogóle zdają sobie sprawę do jakiej szkoły chodzą i czy wiedzą, że te szatnie, do których zmierzają, w powieści wypełniają się wodą i trupami…

Co do dziecięcej przemocy z okresu dzieciństwa, Łukasz odnosi się z pełną wyrozumiałością. To niesamowite. Podczas gdy we mnie nieprzyjemne wspomnienia ciągle są żywe, on mówi, że każdemu, kto kiedyś dał mu po mordzie, dziś postawiłby piwo. Dodaje, że taki był porządek rzeczy, że jednego dnia dostałeś w mordę ty, drugiego ty lałeś kogoś innego i że po tym wszystkim szło się grać w piłkę. Mówi, silniejsi zawsze lali słabszych, ale nikt się nad nikim nie pastwił.

Zostajemy w temacie lania się po mordach. Łukasz prowadzi mnie do miejsca swoich młodzieńczych bijatyk, na teren kościoła Bożego Ciała. Nie jestem tą lokacją wcale zaskoczona. Rozglądam się i dostrzegam te wypielęgnowane trawniczki i pytam, gdzie dokładnie się lali po tych mordach. Pada odpowiedź, że wszędzie.

Tandem nigdy nie istniał

Rozmawiamy chwilę o Pięknym Psie. Popularnym krakowskim pubie, który upodobali sobie krakowscy artyści i który pojawia się w Horror Show. Podobnie jak Alchemia, Tower i Kulturalny. Z przykrością dowiaduję się natomiast, że Tandem, podrzędny klub ze striptizem na Starowiślnej niestety nigdy nie istniał i powstał najpewniej na podstawie wrażeń z kilku podobnych klubów dla dorosłych. Wielka szkoda, bo chciałam się tam wybrać. Tak obiecująco prezentuje się w powieści!

Ulica Starowiślna to prawie nie Kazimierz, przecięta przez szyny, gwarna, rozświetlona rzędami witryn. Prawie zawsze zatkana – tylko w nocy, gdy znikają tramwaje i samochody, ulica Starowiślna zdaje się poszerzać. Kamienice robią krok w tył, a chodnik pręży się jak kot.
Jest tu kilka klubów dla dorosłych działających na dziko, pełnych ofiarnych cichodajek. “Tandem”, jak wieść niesie, jest najlepszy na ulicy Starowiślnej. Sprawia pozory zwykłej dyskoteki.

Sala jest obszerna i wykręcona w ósemkę. Kilka stolików przy ścianach jak w kinie. Dziewczyn jest kilkanaście, ani tak ładne, jak chciałoby się marzyć, ani tak szkaradne, jak można by się obawiać. Większość przypomina studentki kosmetycznej wieczorówki albo kursu komputerowego dla abiturientek. Część jest zupełnie przeciętna. Jednej, chyba najmłodszej, nogi zaczynają się przy gardle. Obok podpiera stolik tłustawa blondynka o wdzięku kioskarki. (…) Jest jeszcze zagubiona szatynka, zrobiona tanim kosztem na licealistkę. Takie uderzenie w target pedofilów. Siedzi jak na paczce gwoźdi, kręci głową, zagaduje koleżankę. Koleżanka wyrozumiale kiwa głową. Chyba jej ostatni rok. Makijaż z trudem kryje zmarszczki. Póki co, siedzą razem – neofitka i seniorka burdelu.

Bo kaczory są kwaki, a koty mruczaki

Podarowaliśmy sobie spacer Starowiślną i udaliśmy w stronę domu Giełdziarza. Po drodze rozmawialiśmy na temat bohaterów książki. Dowiedziałam się, że mają swoich odpowiedników w realnym życiu. Czarny, dla przykładu, to przyjaciel autora, który w latach 90 handlował kasetami magnetofonowymi. Miał swoją budkę, gdzieś w centrum, która pewnego zimowego dnia wyleciała w powietrze. Podobno może się tak zdarzyć, kiedy ogrzewasz chałupkę farelką i ktoś nagle otworzy drzwi i wpuści do środka zimne powietrze. Artur prowadził zaś agencję towarzyską, którą niestety żona kazała mu zamknąć. Szpada z kolei zabili za długi, a wdowa po nim jest dziś żoną gitarzysty Kinga Diamonda. Prawdziwą rewelacją jest zaś dla mnie człowiek będący inspiracją dla postaci Wuja, łotra z powieści. To wykładowca akademicki, językoznawca, profesor UJ, który podobno sam wyraził chęć pojawienia się w historii. Lubię tę opowieść, w której wydawca ma wątpliwości przed oddaniem książki do druku, bo postać Wuja jest zbyt łatwa do rozszyfrowania, a profesor potwierdza przez telefon, że nie ma nic przeciwko temu, a nawet jest wcale kontent. Zresztą profesor pisał wiersze o swoim kocie i jeden z nich pojawia się w powieści:

Bo kaczory są kwaki,
A koty mruczaki

Dom Giełdziarza

Dojeżdżamy do dzielnicy, w której mieszka Giełdziarz. To Krowodrza.

– Zobacz – mówi Łukasz. – Tu nic nie ma.
– A co powinno być? – pytam.
– Kino, knajpa, coś dla ludzi.

Rzeczywiście, gdzie okiem nie sięgnąć same bloki. Na ulicach głównie emeryci, niektórzy z psami. Między blokami place zabaw z huśtawkami i zjeżdżaniami sprzed trzydziestu lat. Dobrze znam takie osiedla, bo na jednym sama się wychowałam. Mijamy sklep 1001 Drobiazgów i punkt ksero, w którym kiedyś znajdował się sklep z szyldem “Sznury Liny”, pod którym autor z kolegami robili sobie zdjęcia. Dowiaduję się, że on sam tu mieszkał, nawet nie tyle, co na osiedlu, co dokładnie w tym samym mieszkaniu, co Giełdziarz.

Kiedy trafiamy pod blok, odnajdujemy piorunochron, po którym Giełdziarz i Brandon wspinają się do mieszkania na ostatnim piętrze. Łukasz mówi, że z balkonu tego mieszkania wypadła kiedyś jego kotka Kreska.
W książce nieopodal domu Giełdziarza znajduje się dom Brandona. Pytam, który to, ale Łukasz nie może sobie przypomnieć: “Musiałem go wymyślić patrząc na te brzydkie kamienice wciśnięte między bloki”. Rzeczywiście, w Krowodrzy znajduje się krocie zapuszczonych kamienic, które trudno dostrzec na pierwszy rzut oka.

To zabawne, jak mało wiemy o domach w naszym otoczeniu. Giełdziarz nie miał pojęcia o istnieniu tej ponurej rudery, wciśniętej pomiędzy bloki jak zepsuty owoc w koszyku. Stał i wodził wzrokiem po ścianach odartych z brunatnego tynku, smolistych oknach, parapetach upstrzonych przez gołębie i wyblakłych zdjęciach papieża. (…) Wyrzucił papierosa i wszedł do środka. Uderzył go cierpki smród potu. Po zielonych ścianach rozsypały się graffiti. Niedopałki ozdabiały kąty. Większość drzwi przypominała przegniłe trumny i Giełdziarz współczuł nielicznym chcącym żyć jak ludzie w tym przeklętym miejscu. Czyste futryny wyglądały jak plama światła na zniszczonym obrazie.

Wędrówkę kończymy w osiedlance. To knajpa w części handlowo-usługowej bloku Giełdziarza. To jeden z tych lokali na osiedlach, gdzie piwo jest niewiele droższe niż w sklepie, gdzie przez cały czas gra telewizor i radio RMF, gdzie stoi jednoręki bandyta, a elementem dekoracyjnym są najczęściej plastykowe stokrotki powtykane w wazoniki. Jeśli masz szczęście, i trafisz do autentycznej osiedlanki, dostaniesz tam kawę w szklance z metalowym koszyczkiem. W takiej osiedlance spotykali się bohaterowie “Horror Show”.

W tekście wykorzystałam fragmenty powieści „Horror Show” Łukasza Orbitowskiego wydanej przez Ha!Art. Korzystałam z najnowszego wydania książki, ze zmienionym zakończeniem. Ilustracja powyżej przedstawia autora przed słynną osiedlanką. Kruk, cerkiew, czaszki i rudy kot pochodzą dwóch różnych okładek „Horror Show”. Czarnych chmur nie należy brać na serio.

    • Agata, z Tobą zwiedzać cokolwiek to naprawdę frajda. Bezcenne :-)

      • Dzięki! Może niebawem zabiorę się za Warszawę ;-)

    • Trafiłam do Ciebie po ryfkowym anonsie na Facebooku. Ten tekst wgniótł mnie w fotel. Lubie oglądać i czuć taki Kraków. Zaraz będę szukać innych notek :)

    • W.

      Genialny pomysł na zwiedzenie Krakowa. Nie znam tych książek, ale jutro po nie biegnę, a potem zabieram się za Krk!

      • Nawet nie wiesz, jak się cieszę! Czytaj!