nocne-zycie-w-pradze
22 sierpnia 2016 Europa

Jest noc, a ty jesteś w Pradze

Od wielu lat zachwycam się Czechami. Przepadam za ich literaturą (Ah, Kundera! Ah, Hrabal!), niesamowicie smakuje mi ich piwo, a czekoladę Studentską uznaję za najlepszą na świecie. Do tego ci kompletnie wyluzowani Czesi, którzy mają tak wiele wspólnego ze Słoweńcami (między innymi wrodzone zamiłowanie do świętego spokoju) i prześliczne, uśmiechnięte Czeszki! Wysoki odsetek ateistów też mnie w tym kraju nieodmiennie uwodzi, nie będę zaprzeczać (w moim mniemaniu w znacznym stopniu wpływa to na stężenie owego świętego spokoju w czeskim powietrzu).

Tego lata udaliśmy się do Pragi, podobnie jak dziesiątki naszych znajomych i przyjaciół. Odnoszę nawet wrażenie, że w moim najbliższym otoczeniu była to naczelna wakacyjna destynacja anno domini dwa tysiące szesnastego. Nie szkodzi, etap na jak najbardziej egzotyczne podróże byleby tylko wyłamać się z trendów, mam już dawno za sobą. Żeby było totalnie nieoryginalnie, zahaczyliśmy nawet o Kraków.

W samej Pradze również nie byłam w stanie sobie odmówić jednej z najpopularniejszych atrakcji. Mianowicie tournee po stołecznych klubach ze striptizem. Moja przyjaciółka powiedziała kiedyś: Według mnie, wieczór w praskim klubie ze striptizem jest jak zjedzenie hot doga w Nowym Jorku. Nie można nie zjeść, to znaczy: nie iść. Święte słowa! Nie można. Tutejsze kluby ze striptizem to unikaty. A zwłaszcza jeden z nich.

Gorące papryczki na rozgrzewkę

Wstęp do Hot Peppers jest darmowy, co w Pradze nie jest akurat tak oczywiste. W słynnym klubie Darling za wstęp musimy zapłacić 2000 Kč (za parę). Naturalnie, trudno żałować, jeśli wiemy, że czeka na nas kilka scen, na których równolegle rozgrywa się akcja, oraz przebogaty program artystyczny (rozpiska dostępna jest w internecie), a tancerki uchodzą za niezwykle utalentowane i powabne. Tak, czy siak, na początek przygody z tego typu rozrywką zawsze polecam skromniejsze i tańsze wydarzenia – co nie znaczy, że wybrane na chybił trafił.

Klub z papryczkami jest raczej kameralny, mieści się przy Vaclavske Namesti 21, kilka poziomów pod ziemią. Swoją drogą, zawsze zdumiewała mnie ta europejska tendencja do spychania erotyki w podziemia. Zupełnie inaczej jest w Stanach Zjednoczonych, gdzie jest przecież tak nieskończenie purytańsko i mimo to pole dance kusi z klubów otwarcie wyglądając na ulice, a legendarny Upper Floor w wytwórni Kink.com góruje nad całym Mission. No ale wracając do Papryczek…

To miejsce, któremu nie można odmówić klasy. Jest elegancko, a personel w żadnym razie nie jest napastliwy – w przypadku par zaryzykowałabym nawet stwierdzeniem, że nie dąży do kontaktu. Od początku do końca wszystko splatało się odrobinę absurdalnie. Kiedy ja popijałam sobie organiczny napój z imbiru, dziewczyny o wyglądzie księżniczek tańczyły do ballad Sii, a pomiędzy gośćmi przemykał raz za razem Czerwony Kapturek. W dodatku satelity krążące wśród publiczności samotnie lub w duetach, co rusz dawały popis swoich lingwistycznych zdolności. Naprawdę, te roześmiane dziewczyny o nóżkach jak sarenki podchodziły do upatrzonych klientów i rozpoczynały konwersację płynnie wyrecytowaną listą znanych języków (z doskonałym, jak na moje ucho, akcentem): Włoski, niemiecki, polski, angielski, hiszpański, portugalski…??? I gdy tylko padała odpowiedź, natychmiast zaczynały tokować i czarować. Kiedy one tak ćwierkały, mnie odbierało mowę.


Podobnie jak w przypadku tekstu o Condorze, tak i tutaj nie mogłam sobie odmówić opublikowania playlisty praskich nocnych klubów. Smacznego!

Przeszukując sieć w poszukiwaniu recenzji nocnych klubów, trafiłam na blog w pełni im poświęcony (i to nie byle jaki, bo zawierający opisy przybytków z całego świata!). Odwiedzone przez autora miejsca zostają ocenione w kilku kategoriach, między innymi: podejście do gości (np. napastliwość w kwestii kupowania drinków), atmosfera klubu, jakość występów, czy różnorodność tańczących dziewczyn. Pod ostatnim z wymienionych względów Hot Peppers niestety ustępuje innym przybytkom. Wszystkie dziewczyny tańczą tu pięknie i w tym samym stylu, który nazwałabym „leśne elfy wirujące pod sufitem” no i cóż… wyglądają bardzo podobnie. Sądzę, że koneserzy wyrazistych smaków mogliby opuścić lokal z pewnym niedosytem. Wielbiciele i wielbicielki długonogich, wiotkich jak gałązki dziewczyn będą jednak absolutnie zachwyceni (i być może, jak ja zainspirowani do powrotu na dietę i siłownię). Jeśli jednak lubisz, kiedy dużo się dzieje i kiedy jest rozmaicie, pomyśl czy nie lepiej spędzić wieczór w innym miejscu, na przykład w moim ulubionym Goldfingers.

Goldfingers

Jeśli w Hot Peppers mogłam odnieść wrażenie, że oglądam ciągle ten sam występ, o tyle w Goldfingers czułam się jak na spektaklu Cirque du Soleil, niekiedy nawet dosłownie. Co za urozmaicenie! Jaka klasa! Jakie uzdolnione i powabne dziewczyny! I doskonała obsługa – zwłaszcza sprzedająca tutejsze dolary menadżerka w okularach kujonkach (najpewniej fanka Doctora Who, tak czuję). Muszę też to podkreślić, bo dla mnie jest to szalenie istotne: w Goldfingers mogłam się kompletnie rozluźnić i wyłączyć „czujki”, ani razu nie odczułam bowiem, że ktoś chce mnie, za przeproszeniem, finansowo wyrolować. Pod tym względem dorównywać mu mogą tylko amerykańskie kluby z ulubionym Condorem na czele, gdzie wyrolować dajesz się tylko na własne życzenie.

Pierwszy raz spotkałam się z tym, żeby wręczanie napiwków wyglądało tak, a nie inaczej. Tutaj nie wciska się banknotów za brzegi bielizny (Hot Peppers), nie kładzie się ich na scenie, ani nie rzuca w tancerki jak confetti (Condor), nie robisz z tych pieniędzy ani figurek orgiami, ani innych wynalazków. Tutaj wsuwasz sobie banknot w usta i kładziesz się u szczytu sceny (z nogami zwisającymi poza). W chwili, gdy zostajesz namierzony, artystka podchodzi do ciebie i odbiera napiwek w charakterystycznym dla siebie stylu. Ty masz robić tylko jedną rzecz: trzymać ręce przy sobie. Ona za to ma do dyspozycji pełen wachlarz zachowań i uwierz, zachłannie z niego korzysta. Dosiadanie widza. Ocieranie się o widza. Duszenie widza biustem. Podarowanie widzowi buziaka w policzek. Zdjęcie widzowi okularów, jeśli takowe ma, i przetarcie ich o koronkowe majtki. Kucanie nad twarzą widza. Uśmiechanie się do widza. Chwytanie widza za kolano. Za udo. Za punkt pośrodku odcinka między pępkiem a kolanem (taki wyjątek z polskiej kroniki policyjnej). Kiedy to zobaczyliśmy, w te pędy udaliśmy się po klubowe dolary.

Po kilku występach, które na potrzeby tekstu nazwę klasycznymi, pierwsze nutki Rammsteina były jak łyk porannej kawy. Oto ona! Majkelina Cat wkroczyła na scenę dumnie, w outficie wypisz wymaluj jak z Castle Party. Jakie to było pyszne! Jak doskonale odtańczone! Jak rewelacyjnie zagrane! A Programista siedział jak zaczarowany (dam sobie uciąć rękę, że ani razu nie mrugnął).


Najprzyjemniejsza muzyczna niespodzianka wieczoru <3

Miałam ogromną frajdę z obserwowania jak Mąż „wręcza” napiwek damie w lateksach. Chciałabym jednak zaznaczyć, że pary w Goldfingers są traktowane specjalnie. Kobiety (zarówno tancerki, jak i panie odwiedzające klub) wzajemnie się szanują, jakby istniało między nimi niewypowiedziane porozumienie. Wbrew pozorom, nie jest to takie oczywiste. I tak Programista został zdominowany koncertowo, ale z jakby większym dystansem niż inni mężczyźni, którzy przyszli tam w towarzystwie kolegów. Żadna z pań nie zaczepiała go również, kiedy zostawał sam.

Koniec końców, Majkelina okazała się królową imprezy, Programista do samego końca miał wypieki na twarzy (Ona ma wszędzie kolczyki!; Ona ma rozszczepiony język!; Widziałem ją, jak szła między stolikami!), a ja planuję przeszukać kufry z moimi starymi rzeczami, które zalegają w domu rodziców, w poszukiwaniu zapomnianych lateksów i gorsetów. Wisienką na torcie tego wątku niech będzie fakt, że dowiedzieliśmy się, że Majkelina prowadzi swój własny projekt BDSM, aktywnie działa w środowisku i cóż… jest równie piękna na zdjęciach, jak w różowym świetle reflektorów. A na udzie ma tatuaż z Wiedźminem. Nie można nie kochać!


Jeden z najpopularniejszych kawałków odtwarzanych z okazji rozgrzewki w mojej szkole pole dance. Przypadek? Nie sądzę.

Ja również miałam swoje „momenty”. Zaczęło się od tego, że kobieta, która jak się miało okazać – została moją faworytką wieczoru, weszła na scenę w powłóczystej białej sukni i zaczęła tańczyć. Było to nieziemskie połączenie tańca klasycznego i latino, co natychmiast ujęło moje serce, mimo że wywodzę się z odmiennych stron tanecznego świata. To był spektakularny popis w klasycznym stylu. Powiedziałabym nawet: stara szkoła. Więcej w tym było czystego piękna niż erotyki no i tak wyszło, że i ja zapragnęłam wręczyć napiwek. A ponieważ nie za bardzo uśmiechało mi się leżenie pod inną kobietą, wykonałam ukradkiem, pod stolikiem, dolarowego kwiatka. W międzyczasie ona zdążyła zdjąć suknię i rozłożyć na scenie… koc.

Zupełnie się z madame Kenzą nie zrozumiałyśmy. Podczas gdy ja usilnie wręczałam jej kwiatka, ona uparcie namawiała mnie, bym weszła na scenę. Po trzecim razie przestałam protestować i weszłam na podium. Programista wspomina to wydarzenie jako coś wyjątkowo subtelnego. Ja z kolei po dziś dzień nie uporządkowałam wrażeń. Wiecie, nieczęsto się zdarza leżeć na kocu na scenie w klubie go go z uśmiechniętą, wspaniałą kobietą pochyloną tuż nad tobą. Czy była naga? No tak. Cała w brokacie, z przedługimi rzęsami, jak królowa karnawału, przed chwilą zdjęta z platformy w Rio de Janeiro… Wrażenia były intensywne, mimo że przez cały czas była ostrożna. Cokolwiek robiła, było pozbawione charakterystycznego „gestu władzy”, nieodmiennie przemycanego w tym, jak tancerki traktują w klubach mężczyzn.

Jeśli zaś o sam klub chodzi, ten również mieści się w podziemiach, ale jest nieporównywalnie większy od, chociażby, takich Papryczek. Dwupoziomowy, elegancko i przemyślanie urządzony – scenę widzisz dobrze z każdego zakątka sali. Loże VIP, czyli te przy samej scenie, z zasady nie są chyba rezerwowane w całości. Żeby się tam dostać, wystarczy przyjść do lokalu odpowiednio wcześnie (przed 22) i wykupić tutejsze dolary do wręczania napiwków. O ile nikt cię nie uprzedzi, menadżerka z uśmiechem na ustach zaprowadzi cię na miejsce dla „wybrańców”. Tak, my mieliśmy to szczęście.

Sam program artystyczny przebiega harmonijnie według starannie ułożonych punktów. Każda z tancerek wykonuje dwa tańce. Pierwszy jest zawsze bardziej poprawny – w pełnej toalecie, drugi to wywijasy i akrobacje na rurce. Po kilku takich podwójnych występach, wszystkie dziewczyny wychodzą na scenę – wówczas publiczność ma okazję załapać się na taniec indywidualny w wykonaniu ulubienicy. Co jakiś czas mamy do czynienia z występem specjalnym. Mam tu na myśli pokazy akrobatek z prawdziwego zdarzenia – zarówno z szarfą, jak i z obręczą (a nie mówiłam, że Cirque du Soleil?).

Goldfingers również mieści się przy Vaclavske Namesti, pod numerem 5 – w podziemiach hotelu Ambassador i tego roku trafił na moją listę ulubionych praskich miejsc. O pozostałych napiszę niebawem, ale to już wiecie, atrakcje bardziej „na dzień”. Obiecuję jednak, że nie będzie nudno. To przecież Praga.