26 sierpnia 2014 Po czwarte

Nauka polskiego

Musiałam wyjechać na drugi koniec świata żeby przekonać się, jakimi my, Polacy jesteśmy wspaniałymi nauczycielami. Jesteśmy bezinteresowni, chętni do pomocy i naprawdę zmyślni, jeśli chodzi o to, w jaki sposób uczymy obcokrajowców naszego ojczystego języka, a także wcale rozsądni i praktyczni jeśli chodzi o przekazywane treści. Okazuje się bowiem, że zupełnie ignorujemy podstawę programową nauczania obcego języka, skupiając się jedynie na tematach dotyczących bezpośrednio relacji międzyludzkich, nierzadko jedynie… MIŁOŚCI. A zatem, Drogi Obcokrajowcu, jeśli wyrazisz kiedykolwiek chęć nauczenia się języka polskiego, możesz być pewien, że Polak nauczy Cię, jakie polskie słówka uchodzą za słodkie, zapozna Cię ze słowniczkiem miłości, ewentualnie wprowadzi Cię w temat upajania alkoholem, a całość okrasi kurwą (“kurwa mać”) i na tym jednym przekleństwie najpewniej poprzestanie (to cenna obserwacja, gdyż w swoim czarnowidztwie zakładałam żeśmy bardziej wulgarni).

Słowo na k

Kilkakrotnie pisałam już o tym, jak entuzjastycznie Amerykanie reagują na wieść, że pochodzę z Polski. Zazwyczaj wymieniają nazwisko polskiego artysty lub artystki (Szymborska, Miłosz, Polański, Kieślowski, Komeda), zespołu muzycznego (SBB, Paktofonika, Behemoth), albo decydują się na wypowiedzenie jednego, dwóch zdań po polsku. Co łatwo przewidzieć, najczęściej jest to “Na zdrowie!” albo i nawet “Sto lat!” (czasem uświetnione melodią), ale zdarza się także, że zachodzi między nami wymiana zdań, mniej więcej taka:
– Jesteś z Polski? Wooooow… Znam jedno słowo po polsku. Na literę k.
I kiedy spodziewam się najgorszego, do moich uszu wdziera się niespodziewanie radosne, soczyste, wypowiedziane z amerykańskim akcentem:
– Kocham cię!

Podryw na pszczołę

Jedną z najśmieszniejszych i jednocześnie najbardziej nieprawdopodobnych historii o tym, jak Polak uczył Amerykanina języka polskiego jest ta o pszczole. O pszczole we włosach. Opowiedział mi ją Amerykanin, który zapytał Polaka, jak można poderwać polską dziewczynę.(Naprawdę chciałabym kiedyś spotkać tego Polaka, żeby mu szczerze pogratulować pomysłu, bo moim zdaniem ociera się o geniusz.)

Ten, bez zastanowienia odparł, że może spróbować podrywu na pszczołę, po czym zupełnie poważnie, z cierpliwością i znawstwem jął prezentować na czym owa technika polega. Wykonał delikatny ruch dłonią tuż przy twarzy znajomego Amerykanina i przemówił do niego czule: “Masz pszczołę we włosach”. I teraz, nie wiem jak Wam, ale mi miękną kolana, jak sobie wyobrażam mężczyznę, który patrząc mi w oczy, wyciąga rękę w kierunku moich włosów i szepcze: “Masz pszczołę we włosach”, podczas gdy zdaję sobie sprawę, że nie ma żadnej pszczoły. Jestem rozbrojona, bo jest to adoracja po pierwsze: z humorem, po drugie: z przesłaniem (“Wiem, że wiesz, że nie masz pszczoły, ale jakbogakocham, gdyby była, to bym cię przed nią uratował”), po trzecie dlatego, że jest to adoracja przemyślana (gdyby zamiast pszczoły był pająk, można by się spodziewać wrzasków i paniki). Pomijam fakt, że przy okazji zostaje zaliczona baza “pierwszy dotyk”.

A zatem nasz amerykański bohater posiadł cenną informację z zakresu zalotów po polsku. Co by nie brać wszystkiego ot tak, na wiarę i słowo honoru, postanowił przetestować sposób “na pszczołę” na żywej osobie. Bóg jeden wie dlaczego zdecydował się przeprowadzić test na innym Polaku, w dodatku takim, który był ponoć wyjątkowo niesympatyczny (choć może właśnie dlatego, że był niesympatyczny i przez tę jego niesympatyczność chciał się jakoś przebić). Kiedy tamten stał odwrócony do niego plecami, podszedł doń i czule, tak jak uczył go jego polski kolega, powiedział, co wiedział. A brzmiało to tak: “Masz spermę we włosach.”

Niech mi ktoś wyjaśni, bo sam Amerykanin nie był w stanie, jak można wymówić sperma miast pszczoła? Analizowałam to dzień i noc. Bez większych rezultatów. W końcu zdecydowałam się spytać innych Amerykanów, czy oby dwa zdania brzmią podobnie: “Skup się. Czy “Masz pszczołę we włosach” oraz “Masz spermę we włosach” brzmią tak samo???”. Trudno w to uwierzyć, ale w ich mniemaniu frazy te są takie same. Nieprawdopodobne!
Osobiście uważam, że wszystkiemu winna pszczoła, która brzmi tak egzotycznie, że maskuje wszystko, co po niej następuje.

A co z tym niesympatycznym Polakiem? Ponoć uciekł do łazienki i gorączkowo szukał czegoś we włosach.

Język polski jest taki trudny!

W chwilach, gdy zdaję sobie sprawę z tego, jak kuleje mój angielski, pocieszam się myślą, że przecież całkiem nieźle radzę sobie z językiem, który uchodzi za najtrudniejszy do nauczenia się w skali całego świata. Mam na myśli język polski.
Tylko dlaczego, skoro jest taki trudny, zdarzają się mi się takie sytuacje?

– Do you know polish is one of the hardest language to learn in the world? – zaczynam starą śpiewkę.
– Oh, I didn’t! – odpowiada uprzejmie zainteresowany Amerykanin – So what is the word for wine?
– “Wino” – myślę sobie, ale pech, że akurat spytał o wino.
– Ah, ok – mówi tamten i daje mi drugą szansę: – And… computer?
– „Komputer”…
– Ok, so maybe perfume…? – pyta, już nie kryjąc rozbawienia.
– „Perfumy”!

Język polski jest taki łatwy!

Krocie odmian i obco brzmiące dźwięki w języku polskim sprawiają jednak, że nasi przyjaciele zza Oceanu, mają poczucie, że polski jest trudny. Mimo tych wszystkich win, komputerów i perfum. Ich zdaniem niektóre słowa są nie do wymówienia (wystarczy, że próbują zmierzyć się z moim nazwiskiem), sam język bywa nielogiczny (“Po polsku no no, oznacza tak!”), ale za to podoba im się to, że dźwięk niektórych słów sugeruje ich znaczenie (zapamiętałam “piękno” i “pijany”). Znajomy był również prawdziwie zszokowany wielością znaczeń niektórych wyrazów:

– Jest w języku polskim takie słowo jak “droga” – mówię. – Może ono oznaczać, że coś dużo kosztuje, na przykład: „Ta sukienka jest droga.”
– Mhm, ok.
– …ale „droga” może też być czułym zwrotem, na przykład: „Moja droga przyjaciółko, coś tam coś tam…”.
– Śmieszne!
– To nie koniec, bo droga oznacza też ulicę, trasę jakąś, że wiesz… na przykład: „To moja ulubiona droga do pracy”.
– Naprawdę?! Orany…

Polak żartuje

Na całe szczęście, Amerykanów których poznałam ominęły dowcipasy w stylu “Powiemy mu, że dzień dobry po polsku to dupa”. Naszych rodaków zdecydowanie stać na więcej, a żart miewamy dosyć błyskotliwy. Na zakończenie wymienię cztery przykłady, z którymi się spotkałam: 
1. Wmówić Amerykaninowi, że firanka i łazienka to polskie imiona żeńskie.
2. Wmówić Amerykaninowi, że zaraz to polskie imię męskie.
3. Wmówić Amerykaninowi, że Kiełbasa to człowiek, który przywiózł do Polski kiełbasę.
4. Wmówić Amerykaninowi, że Wódka to żona człowieka, który przywiózł do Polski kiełbasę.
    • Dariusz Śmigiel

      O podrywie na pszczołę nie słyszałem… Może warto wypróbować? :)
      Natomiast przykłady, które podałaś na końcu, boskie! Spróbuję zapamiętać i wdrożyć w realizację, przy najbliższej okazji rozmawiania z obcokrajowcem :P

      • Jeśli wypróbujesz, daj znać. Jestem ciekawa, czy jest tak skuteczne, jak mi się wydaje :-)

    • Kasia

      Birma. Poślednia atrakcja turystyczna. Miejscowy sprzedawca lokalnych dupereli zachęca do zakupów. Nikt nie daje za wygraną.
      W końcu pyta:
      – Where are you from?
      – From Poland..
      – aaa! tu taniej niż w biedronce!