25 stycznia 2016 Ameryka

Opowieść o tęczowym mieście

Ubiegłej jesieni wpadło w moje ręce „Tęczowe San Francisco. Wspomnienia o moim ojcu” Alysii Abbott. Wtedy właśnie dowiedziałam się o „Serii Amerykańskiej”, którą wydawnictwo Czarne postanowiło rozpieścić czytelników takich jak ja, czyli na wskroś sentymentalnych i zainteresowanych kulturą i historią Stanów Zjednoczonych. Przeglądając pozycje na wirtualnej półce serii nie mogłam aż uwierzyć w to, co widzę. Oto wydane listy Allena Ginsberga i Jacka Kerouaca,  „Poniedziałkowe dzieci” rewelacyjnej Patti Smith, autobiografia Johnnego Casha i „Kroniki” Boba Dylana..! Zapragnęłam przeczytać je wszystkie. Książka Alysi Abbott jest pierwszą, ale na pewno nie ostatnią pozycją z tej wyjątkowej serii, z którą postanowiłam się zaprzyjaźnić. Dziś chcę Wam o niej opowiedzieć.

Uwaga, uprzedzam. Jeśli ktokolwiek sięgnie po „Tęczowe San Francisco” żeby dowiedzieć się jak to jest być dzieckiem homoseksualisty, najprawdopodobniej srogo się rozczaruje. Dowie się za to, jeśli dotąd nie miał jeszcze okazji, jak to jest być dzieckiem wrażliwym, dodatkowo w połowie osieroconym, wychowywanym przez artystę ekscentryka w Mieście Mgły kolorowych lat 70, którym zgodnie władały bohema i queer.

Dziś zdominowane przez firmy technologiczne i przyciągające startupowców z całego świata, cztery dekady temu wabiło trampów (jeśli jeszcze nie czytałeś „W drodze” Kerouaca, teraz jest na to odpowiedni moment!), artystów i wolne dusze. Ta dramatyczna przemiana San Francisco zrobiła chyba na mnie największe wrażenie i podobnie jak Edmund White mam poczucie, że książka Abbott, jest czymś więcej niż świetnie napisaną autobiografią. Jest „hołdem złożonym staromodnym wartościom bohemy w coraz bardziej konformistycznym i materialistycznym świecie.” Wspaniale było czytać o ukochanym mieście przełomu lat 70. i 80. odmalowanym tak starannie i z takim uczuciem. Starałam się odnaleźć to malownicze, beztroskie miasto w moich własnych wspomnieniach. Zapraszam do obejrzenia zdjęć. Tak dziś wygląda San Francisco, o którym pisze Alysia Abbott.

Haight – Ashbury

To tutaj, w miejscu słynnego „Lata miłości”, dorastała Alysia. Choć jej zdaniem, dziś po dawnym Hashbury pozostały tylko wspomnienia, ja ilekroć zapuszczam się w te okolice, mam wrażenie, że ten radosny, wolny, kolorowy duch Wielkiego Hippisa ciągle jest żywy. W Haight podróż w czasie do lat 60 i 70 jest naprawdę możliwa. Wierzę, że to nie snobizm, ani nie teatr pod turystów, ale prawdziwa tęsknota za czasami dzieci kwiatów, sprowadza tu tych wszystkich vintydżowo wystylizowanych ludzi i ulicznych artystów z zestawami perkusyjnymi i ukulele.

Autorka dużo uwagi poświęca sklepom znajdującym się kiedyś w okolicy, z sentymentem wspomina przybytki z łakociami i zabawkami, których dziś już nie ma. Uderza w smutny i beznadziejny ton, czego nie potrafię zrozumieć. Sklepy w Hashbury to bowiem najprawdziwsze skarby San Francisco. Żałuję bardzo, że nie mogę Wam pokazać odpowiednich fotografii, bo w większości z nich obowiązuje zakaz robienia zdjęć. Musicie mi zatem uwierzyć na słowo, że sklep poświęcony śmierci istnieje naprawdę. Można w nim kupić gotyckie fatałaszki, kolie, które zamiast szmaragdami, umajone są zasuszonymi chrabąszczami, obrazy, których głównym tematem jest śmierć, upiorne dioramy, kryształowe kule i tablice Ouija, elementy wystroju wnętrz skonstruowane z fragmentów ludzkiego szkieletu… Musicie mi uwierzyć na słowo, że mieści się tu butik z kreacjami steampunkowymi, a także olbrzymi salon z sukienkami z lat 20. Musicie mi uwierzyć.

haight-ashbury

Początek. Do wiktoriańskiego mieszkanka wprowadziliśmy się w styczniu 1979 roku. Na znanym zdjęciu zespołu Grateful Dead pozującego przy tablicach z nazwami ulic Haight-Ashbury widać nasz dom – budynek z balkonami po prawej stronie muzyków, ten, który wygląda, jakby nosił kapelusz czarownicy. Takie fotografie zmieniły później róg ulicy w mekkę dla poszukujących z całego świata, zaludniając ulicę żebrakami i turystami z aparatami. Jednak pod koniec lat siedemdziesiątych Ashbury 545 było tylko nasze; piękny nowy początek.

http://philip.greenspun.com/images/pcd0923/haight-ashbury-ben-jerrys-15

źródło zdjęcia

haight-ashbury

Lata 80. Kiedy się wprowadzaliśmy na Ashbury 545, Haight dopiero otrząsało się ze swojej marnej przeszłości. Najwięcej było tu barów i sklepów z alkoholem, a część witryn zabito dechami. Jednak od początku lat osiemdziesiątych okolica bardzo się poprawiała. Knajpy takie jak Coffee Tea & Spice, Bakers od Paris, Aunti Pasta, a także rodzinny sklep Yayjne zaczęły zaopatrywać zdrowo jedzących, dbających o kondycję przedstawicieli klasy średniej. Wiele z nowo otwartych sklepów prowadzonych było przez gejów i często nosiły one sugestywne nazwy. Oprócz kawiarni Kiss My Sweet mieliśmy sklep z wyrobami rzemiosła artystycznego o nazwie Soft Touch, antykwariat meblowy Sugartit i duży sklep z zabawkami z fontanną nazywający się Play With It. Jako dziecko uwielbiałam Haight.

http://philip.greenspun.com/images/pcd0923/haight-ashbury-ben-jerrys-15

http://philip.greenspun.com/images/pcd0923/haight-ashbury-ben-jerrys-15

http://philip.greenspun.com/images/pcd0923/haight-ashbury-ben-jerrys-15

Kiedy szło się Haight w latach osiemdziesiątych, powietrze gęste było od smrodu marihuany, moczu i paczuli. Wszędzie słyszało się szepty: „Towar, towar” albo „Trawka, trawka”. W tamtym czasie mnie interesowały tylko słodycze, a za pięć dolarów, które tata zostawiał mi na obiad, mogłam najeść się smażonym udkiem kurczaka od Grubego Fonga i wciąż zostawała mi kupa drobnych na cukierki w Coffee Tea & Spice. (…) Szłam do Etc. Etc., sklepu z upominkami, w którym najcenniejsze były rolki z naklejkami. Zbierałyśmy je z koleżankami w specjalnych segregatorach: nalepki z jednorożcami, naklejki zapachowe i te okrągłe, które, gdy się je przechyliło pod światło, miały tęczowy połysk. W sklepie oglądałam też kalendarze z Garfieldem, lśniące talerze z Betty Boop i Popeyem, błyszczyki o smaku owocowym sprzedawane w wąskich metalowych pojemnikach z odsuwanym wieczkiem, a także pluszaki wszystkich rodzajów i rozmiarów. (…) Kent Story, właściciel, był niesamowicie miły i pozwolił mi przeprowadzić ze sobą wywiad, który zadano mi w szóstej klasie jako pracę domową. Siedzieliśmy na tylnych schodach sklepiku, ja trzymałam na kolanach ciężki magnetofon taty, a w ręku zestaw pytań spisanych na kartce. „Jaka jest najdroższa rzecz w sklepie? A jaka jest najtańsza?”. Kilka lat później Kent zaraził się HIV i podobnie jak wielu zakażonych w pierwszym okresie szybko zachorował. Etc. Etc. Tak jak inne należące do niego sklepy na ulicy zmieniały właścicieli, a w końcu wpadły w ręce sieciówek. Gaston Ice Cream na rogu Haight i Ashbury przejęła lodziarnia Ben & Jerry’s, Wauzi Records po drugiej stronie ulicy – GAP, a tuż obok Seeds of Life wyrosły Z Gallerie. I tak dalej, i tak dalej.

haight-ashbury
Lodziarnia Ben&Jerry, o której pisze Alysia; źródło zdjęcia

http://philip.greenspun.com/images/pcd0923/haight-ashbury-ben-jerrys-15
W domu tuż za moimi plecami mieszkał kiedyś Jimi Hendrix.

http://philip.greenspun.com/images/pcd0923/haight-ashbury-ben-jerrys-15
A tu mieszkała Janis Joplin.

Lata 90. Haight-Ashbury od późnych lat sześćdziesiątych było mekką dla uciekinierów z domu i szukających wolności włóczęgów, ale teraz do hipisów dołączyły „punki z rynsztoka”, którzy w przeciwieństwie do swoich odpowiedników z tamtego okresu pochodzących z klasy średniej, często uciekali z trudnych domów. Nie śpiewali o miłości i pokoju, woleli heroinę, metamfetaminę i crack od LSD i marihuany. Rosnąca liczba tych dzieciaków – biwakujących na rogach ulic i schodach domów, proszących o drobne, dających sobie w żyłę w krzakach lub zapijających się na umór – stała się dla mnie paskudnym znakiem zmian, jakie zaszły w mojej dzielnicy, urody, magii, które już utraciłam i teraz traciłam ponownie. Późną jesienią 1992 roku Haight Street emanowała tak złą energią jak nigdy, jakby odzwierciedlając mój własny palący gniew i pogarszając sprawę. (…) Publiczna toaleta w Panhandle zmieniła się w miejsce do ćpania. Plac zabaw, na którym kiedyś się bawiłam, był pełen pustych butelek i strzykawek. W bramie naszego budynku niemal nieustannie śmierdziało moczem. Idąc do sklepu spożywczego po zwyczajowy zapas soków dla taty, zawsze manewrowałam między tymi dzieciakami, bo żeby je ominąć, musiałabym iść po ulicy.

Castro

Uwielbiam snuć się ulicami Castro, zresztą pewnie nie ja jedna. Nie znam nikogo, kto pozostałby obojętny na urok tej dzielnicy o niesamowitej historii. Mieszkańcy przesiadujący na schodach swoich domów, pijący pyszną kawę z pobliskiego Philz Coffee. Roześmiane towarzystwo w barze Moby Dick, w którym swego czasu upijaliśmy się wódką z sorbetem cytrynowym (to tutaj w męskiej toalecie znajduje się ściana w lustrach, wzdłuż której ustawiono pisuary). Tęczowe pasy na przejściach dla pieszych i tęczowe flagi na dachach budynków. Sklepy z boa we wszystkich kolorach. Cukiernia, w której kupisz biszkopciki z galaretką (galaretka tutaj to rzecz niespotykana) w kształcie penisów i nie wyda Ci się to tandetne nawet przez chwilę. Słynne kino The Castro Theatre, gdzie przed każdym seansem zespół muzykantów serwuje widzom muzykę z filmu we własnej aranżacji (swego czasu ludzie oszaleli na punkcie „Frozen” i bilety w tym kinie rozchodziły się jak świeże bułeczki). Wyjątkowy Walgreens, który ma w ofercie pięć razy więcej lubrykantów niż pozostałe sklepy tej sieci. Seks shop „Does your mother know?” i muzeum LGBT. Kameralna kwiaciarnia z piwoniami w bardzo dobrej cenie. Przede wszystkim jednak uśmiechnięci i piękni mężczyźni i ich psy. Setki psów. Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że to tutaj mieszkają najszczęśliwsi ludzie.

Polityczna twarz gejowskiej dzielnicy. Około 1974 roku dzielnica Castro zaczęła się zmieniać w polityczne i handlowe centrum gejowskiego San Francisco, a jej przyszły przywódca Harvey Milk zaczynał już prowadzić zdecydowane kampanie. Posthipisowskie Haight stało się wtedy przyjazną gejom alternatywą. W przeciwieństwie do Castro, w której homoseksualiści otwarcie demonstrowali swoją tożsamość, gejowscy mieszkańcy Haight tworzyli większą, bardziej cygańską układankę.

castro
źródło zdjęcia

castro

castro

Początki facetów z wąsami. Po wyprowadzce z Oak Street tata (…) zmienił styl na przesadnie męski: bujne wąsy, koszula w kratę z zawiniętymi rękawami odsłaniającymi owłosione przedramiona, znoszone dżinsy i ciężka czarna skórzana kamizelka. Choć twierdził, że nie jest „modolubny”, ten styl stał się tak popularny, że zaczęto go nazywać klonem z Castro. Strój ów odzwierciedlał zmiany zachodzące w gejowskim środowisku San Francisco – przejście od kobiecego stylu poprzednich pokoleń do wyglądu robotniczego macho.

Rządy klonów zbiegły się w czasie z coraz większym napływem do San Francisco zdeklarowanych gejów. W 1972 roku w pierwszej gejowskiej paradzie równości maszerowały cztery tysiące osób. W 1976 udział wzięło sto dwadzieścia tysięcy, w tym tata i ja siedząca u niego na barana. Nowi mieszkańcy zmienili oblicze miasta – spędzali weekendy w Castro, ciesząc się lunchem w kawiarni Patio, wystając grupkami przed barem Twin Peaks. Fascynowali mnie dobrze zbudowani faceci z wąsami, w obcisłych dżinsach, z rękami w tylnych kieszeniach spodni swoich towarzyszy, obalający piwo za piwem, obserwujący i uśmiechający się, rzadko jednak do mnie.

Golden Gate Park

Olbrzymi, zielony teren, który niektórzy nazywają tutejszym Central Parkiem (od parku o tej właśnie nazwie, znajdującego się w Nowym Jorku, ten jest o jedną piątą większy). Przejście całego stanowi niemałe wyzwanie spacerowe, ale jestem przekonana, że warto je podjąć. Kryje bowiem w sobie liczne niesamowitości. Oto muzeum de Young, które zachwyca zarówno architekturą, jak i bogactwem zbiorów (oszałamiająca sztuka amerykańska pięciu ostatnich stuleci, a na dokładkę jeszcze m.in. afrykańska), ogród różany jak z bajki, muszla koncertowa, na deskach której miałam zaszczyt zatańczyć z zespołem tańca ludowego Łowiczanie z San Francisco, piękny ogród japoński, olbrzymia cieplarnia, w której uprawia się kwiaty, kilometry ścieżek, stawy, wzgórza i na deser: bizony(!). Jednym słowem: wszystko, czego dusza zapragnie, a nawet jeszcze więcej. I ten jedyny w swoim rodzaju zapach eukaliptusów…

Biedacy z wyboru. Kiedy byłam mała, w parku Golden Gate zawsze świeciło słońce. Gdy tam wchodziłam, to jakbym wkraczała do innego świata. Dobrze znałam pergaminowe liście eukaliptusa mające kształt banana i drobne żołędzie na naszej ścieżce. Szliśmy w dół wzgórza do mętnego stawu otoczonego paprociami i kolczastymi krzakami. Wyobrażałam sobie, że mieszka tam pani jeziora, która pokazuje się dopiero po zachodzie słońca, kiedy wychodzimy z parku. Mijaliśmy staw i schodziliśmy do tunelu zaprojektowanego tak, by przypominał jaskinię: z pomalowanych na brązowo ścian zwisały sztuczne stalaktyty. Legowisko zbłąkanego smoka. Za jaskinią ścieżka zmieniała się w szmaragdowe pole, na które wysokie eukaliptusy i sosny rzucały długie cienie.

Po prawej stronie pola znajdowało się Wzgórze Hipisów. Tam zawsze grała muzyka – bębny w kręgu, marakasy, ktoś tańczył w plątaninie rąk i nóg. Tata, Eddie i ja kładliśmy się na trawie wśród grupek wędrowców. W latach siedemdziesiątych życie bez konkretnego celu, a nawet bycie bezdomnym, uważano raczej za filozoficzny wybór niż sytuację wymuszoną brakiem środków.

golden_gate_park

lowiczanie_san_francisco

golden_gate_park
źródło zdjęcia

Dzieci lat 80. W weekendy razem z Kathy kupowałyśmy kanapki w Viking Sub i na wrotkach jechałyśmy do parku Golden Gate. Nasze długie proste włosy fruwały w powietrzu, gdy pędziłyśmy ze wzgórza do tunelu. Na tak zwanym Dużym Placu Zabaw zdejmowałyśmy wrotki, huśtałyśmy się, a potem zjeżdżałyśmy po betonie na podartych kartonach. Na koniec jechałyśmy pod muzeum Legion of Honor, gdzie co weekend występowali tancerze boogie na wrotkach. Uwielbiałam ich jaskrawe krótkie spodenki i niesamowity wdzięk, z jakim manewrowali między ustawionymi kubkami.

golden_gate_park

golden_gate_park

golden_gate_park

goldengate
Legion of Honor; źródło zdjęcia

Page Street 1666

Architektura w San Francisco jest jedyna w swoim rodzaju. Luksusowe wille w Pacific Heights, lofty w Dogpatch, drapacze chmur w Financial District i małe apartamentowce przypominające pudełka spotykają się tu ze słynnymi wiktoriańskimi domami. To właśnie one, zaraz obok mostu Golden Gate, Alcatraz i tramwajów, są wizytówką tego miasta. Mało kto jednak zdaje sobie sprawę, że za ich piękną fasadą często kryją się zbutwiałe, drewniane podłogi, grzyby na ścianie i spleśniałe wykładziny dywanowe. Mało kto wie, jak w szare, mgliste dni potrafi być w nich zimno. Niskie temperatury i wilgoć często ucierają nosa nowo przybyłym, którym wydaje się, że skoro to Kalifornia, to pewnie będą upały. Otóż nie.

Z zewnątrz jednak wyglądają pięknie, romantycznie, magicznie. Jedną z moich ulubionych miejskich rozrywek jest spacerowanie ulicami Dolores, Guerrero i Church i fotografowanie tych wiktoriańskich niesamowitości.

domy_wiktorianskie_san_francisco

domy_wiktorianskie_san_francisco

domy_wiktorianskie_san_francisco

domy_wiktorianskie_san_francisco

Magia domów wiktoriańskich. Kiedy przeprowadziliśmy się na Page Street 1666 i poczułam zapach świeżej farby, uznałam, że to czary. Miałam pięć lat, ale wkrótce miałam skończyć sześć, a w moim imieniu było sześć liter. Mieszkanie na Page Street należało tylko do nas, stało się przystanią bezwarunkowej miłości, bezpiecznym miejscem. Trzymaliśmy tam klatkę z gołębiami. Nawet kiedy gazety, którymi była wyłożona, zaczynały śmierdzieć, zawsze pozostawało głośne, rytmiczne gruchanie ptaków, dźwięk pełen głębokiej satysfakcji.

Popołudniami przez frontowe okna wlewał się do mieszkania słoneczny blask. Światło przechodziło przez kryształy wiszące w oknach, w całym pokoju rozbłyskiwały małe tęcze. W weekendy i po szkole chodziliśmy się bawić do parku Panhandle. Po drodze mijaliśmy zrujnowane, typowe dla San Francisco wiktoriańskie domy z wyrazistymi twarzami, wystającymi podbródkami i dużymi szklanymi oczami. Wiele z nich się rozpadało, farba pękała i odłaziła, ale dzięki kolumnom i imionom (na przykład „Królowa Anna”) wydawały mi się romantyczne niczym ruiny zaginionego królestwa.

domy_wiktorianskie_san_francisco

domy_wiktorianskie_san_francisco

North Beach

Niektórzy mówią, że North Beach to dzielnica kontrastów, ale dla mnie włoskie restauracje, nocne kluby i miejsca związane z literaturą (np. ulubione kawiarnie amerykańskich pisarzy, wydawnictwo i księgarnia City Lights, czy muzeum beat generation) tworzą harmonijną, spektakularną całość. North Beach jest jak powieść. Stajesz się jej bohaterem za każdym razem, gdy dajesz napiwek tancerce w Condorze, zamawiasz w pobliskiej knajpie owoce morza i espresso, czy kiedy w antykwariacie przeglądasz stare numery Playboya.

Literackie North Beach. W następnych latach tata włączył mnie do swego pisarskiego życia. Gdy uczyłam się do szkoły wiersza Baudelaire’a, ojciec postawił mnie przed mikrofonem w jednej kawiarni w North Beach i kazał recytować. Niewielu wśród zgromadzonych tam poetów i miłośników poezji mnie zrozumiało, szczególnie, że recytowałam po francusku z prędkością światła, ale większość i tak uznała, że to „odlot”, tata zaś szeroko się uśmiechał.

san_francisco_north_beach

lipiec

north_beach

north_beach

north_beach

north_beach

north_beach

north_beach

Nocne kluby lat 80. Na ulicach North Beach był tłum, wydawało się, że wszyscy znają tu wszystkich. Ten sam czarny eyeliner, te same czarne ciuchy, blada skóra i ufarbowane włosy. Nic nie mówiąc i nie robiąc, poczułam elektryzujące poczucie przynależności. Trzymając się blisko siebie, spiesznie ruszyłyśmy śmierdzącymi ulicami, mijając migające neony „Nagie panie na żywo” w The Lusty Lady. Minęliśmy tablicę z Dużym Alem stojącym z bronią gotową do strzału. Przeszłyśmy obok wysokiej kartonowej Carol Dody reklamującej Condor Club. Jej migające neonowe sutki wyglądały jak wiśniowe landrynki. Zaglądałyśmy w bramy, gdzie striptizerki popalały papierosy, a faceci próbowali zaciągnąć nas do środka marnymi tekstami i uniesieniem brwi.

Bardzo tęsknię za San Francisco. Każdego dnia brakuje mi uśmiechniętych i życzliwych ludzi, tego panującego na ulicach luzu. Brakuje mi mgły i wilgotnego powietrza przeszywającego na wskroś, wspaniałych zachodów słońca, muzyki na ulicach, meksykańskiej kuchni. Brakuje wzgórz Twin Peaks, z których rozpościera się wspaniały widok na miasto. Brakuje Dolores Park, którym rządzą geje i dzieci. Brakuje stromych ulic, ukrytych w całym mieście schodów, zmyślnie ustawionych ławeczek, na których nic, tylko się oświadczać. Brakuje dzikich parków.

Bardzo często, tak jak Alysia, wyobrażam dziś sobie, że jestem duchem płynącym nad Haight w stronę Fillmore, dalej, do parku Duboce, Cafe Flore i w górę przy Osiemnastej i Castro, a potem z powrotem do domu na Ashbury Haights. Wdycham dobrze znane uliczne aromaty – słaby zapaszek marihuany, liści eukaliptusa i mokrego drewna. Idąc dalej w lekkiej mgle, cieszę się nawet znajomą zimną wilgocią przenikającą kurtkę i dżinsy, osiadającą w kościach, tak różną od ostrych jak brzytwa nowojorskich wiatrów.