Golden Gate Park
19 grudnia 2013 Ameryka

Amerykańskie jednostki miary. Ratunku!

Sprawdzam temperaturę powietrza, od tego zależy czy założę szorty, czy długą spódnicę. I co? 60 stopni. Fahrenheita! To co to oznacza?! To ciepło, czy zimno? W Polsce, kraju Celsjusza oraz przewidywalnej aury i tak spędzałam każdego dnia pół godziny przed otwartą szafą nie mogąc się zdecydować w co się ubrać. W San Francisco podjęcie tej decyzji zajmuje jeszcze więcej czasu, bo skazana jestem na przeliczanie farenchajtów na celsjusze i branie pod uwagę, że aura zmienia się tu w zależności od dzielnicy i pory dnia, więc co z tego, że teraz na Mission jest upał, jak za parę godzin w centrum będzie zimno jak zimą w Lublinie (nigdzie nie było mi tak zimno jak kiedyś zimą w Lublinie).

Można by pomyśleć, że mam jakąś obsesję na punkcie pogody, ale farenchajty to nie wszystko. Farenchajty to pestka! Źródłem prawdziwej frustracji są amerykańskie jednostki miary!

Chcę kupić wstążki. Wstążki i tkaniny sprzedają tu na jardy. 6 dolców za dwa jardy. Jeden jard to 91,44 centymetra. Stoję i liczę aż boli mnie głowa. Gdyby nie to, że uparłam się, że uszyję sobie kołnierzyk z ptaszkiem, powiedziałabym bogu ducha winnej ekspedientce, że może się wypchać swoimi jardami! Na starym kontynencie obowiązują metry!

Pierwszy raz o galonach usłyszałam oglądając trzecią część “Die Hard” gdzie Willis i Jackson nalewają wody do pojemników, bo tak im kazał Irons. Powinnam była przewidzieć, że skoro rodowitym Amerykanom galony napsuły krwi, to ze mną nie będzie inaczej. I oto stanęłam pewnego dnia przed dylematem: Ile stracę przez zakup małej butelki mleka (0,4 galona), która kosztuje 3 dolce w sklepiku nieopodal, podczas gdy w Safewayu za galon mleka zapłacę 4 dolary? Czy ja już wspomniałam, że nie cierpię liczyć?

Polki mieszkające w San Francisco opowiadają na każdym kroku mrożące krew w żyłach historie o tym ile przytyły przez pierwsze dwa miesiące pobytu tutaj. Że dziesięć kilo, że piętnaście… Byłam naprawdę przejęta, że przez amerykańską żywność w dwa cykle księżyca przemienię się w matkę Gilberta Grape. Po dwóch miesiącach z duszą na ramieniu stanęłam na wadze. Niemal wyzionęłam ducha! 110! 110! Po chwili dotarło do mnie, że skoro nadal mieszczę się w dżinsy to chyba nie mogą to być kilogramy, ale przecież 110 czegokolwiek tak czy siak brzmi strasznie. 110 funtów. I znów zabawa w przeliczanie…

Ameryka każe mi liczyć. Niech jej będzie. Zapamiętam, że jard to trochę mniej niż metr, w Safewayu “się opłaca”, a jeśli moja waga mieścić się będzie w przedziale 100-120 funtów nie nalezy sobie zawracać nią głowy. No nic, idę na spacer. Przejdę się na Twin Peaks. To raptem trzy mile od mojego domu.