Emarcadero, Pier, San Francisco nocą
26 grudnia 2013 Ameryka

„Jak mi się żyje w San Francisco? Proszę pana, w życiu nie byłam spokojniejsza…”

Mieszkańcy San Francisco nie zakrywają ust podczas ziewania. Naprawdę. Na początku mnie to dziwiło. Teraz za każdym razem gdy trafiam na Amerykanina z rozdziawionymi ustami zacieram rączki z myślą: “Mam was! To się potwierdza! Znalazłam kolejną prawidłowość i opiszę ją na blogu!”. Ludzie ziewają wszędzie, bez skrępowania: w restauracjach, w środkach komunikacji miejskiej, we wspólnej przestrzeni biura… i nawet im ręka nie drgnie, że może tak przyłożyć ją do ust… Otwierają usta tak szeroko, że można odnieść wrażenie, że jeszcze chwilka a wywiną się na lewą stronę. Wyobrażam sobie, że takie zachowanie mogłoby przyprawić o zawroty głowy niejedną damę z Europy. Powiedziałabym jej wtedy: “Moja droga, to betka! Poczekaj aż zobaczysz co robią z brudnymi talerzami!”

Któż nie ma nerwic? Któż z Was jest wolny od małych obsesji, które zatruwają życie? Moja babcia liczy do dziesięciu przy zamykaniu drzwi na klucz. Zwykła mówić: “Jeden, trzy, osiem. Zamknęłam drzwi”, a potem jeszcze pięć razy szarpie za klamkę. W ten sposób upewnia się, że drzwi zostały zamknięte. Moja babcia ma obsesję na punkcie zamykania drzwi, a ja na punkcie brudnych talerzy. W moim rodzinnym domu oraz w wielu domach, które znam, naczynia po wspólnie zjedzonym posiłku odnosi się do kuchni pojedynczo, w sensie, że nie składa się ich jak klocki z Jengi w jedną spektakularną całość, tylko dba o to, by spód talerza był czysty. No bo kto miałby ochotę trzymać talerz brudny z dwóch stron?! Taki talerz umazany sosem z lewa i prawa to naprawdę obrzydliwość. Tymczasem Amerykanie składają brudne talerze jakby to była jakaś narodowa tradycja, taka kropka nad i po skończonym obiedzie. Jeden jedyny raz odważyłam się zasugerować, że może by tak te talerze jednak nieść osobno, a nie ułożone w stosy… i co mi odpowiedziano? Że one i tak wędrują do zmywarki (w San Francisco zmywarkę ma każdy, poza mną) wobec czego mój pomysł jest bez sensu. Guzik prawda. Przecież trzeba te talerze jeszcze włożyć do zmywarki. Na domiar złego, często miałam okazję obserwować ten wstrętny obyczaj w restauracjach. Straszne, po stokroć straszne.

Jedną z najbardziej powszechnych polskich nerwic jest lęk przed tym, że autobus bądź tramwaj odjedzie zanim z niego wysiądziemy. Skutkuje to kolejno: nerwową atmosferą w środkach komunikacji miejskiej, nieznośnym tłokiem w okolicach drzwi i przedziwnymi roszadami na odcinku siedzenie-wyjście (seniorzy są w tej dyscyplinie niezrównani). W dodatku Polacy uwielbiają przeprowadzać mini szkolenia z zakresu korzystania z publicznych środków transportu. Sama byłam świadkiem wykładów pt: “Najpierw się wysiada, a później się wsiada” i “Jak pani nie wysiada, to niech pani przepuści”. Nie ma jednak tego złego, co by na dobre nie wyszło, jak mówi przysłowie. Dzięki tej nerwicy poziomem zorganizowania procesu wsiadanie/wysiadanie przerastamy Amerykę niczym baobab jabłonkę!

Ameryka to kraj chaosu przystankowego. Tu najpierw wsiadają, potem wysiadają, a czasem równocześnie wsiadają i wysiadają. Wysiadający zupełnie się nie spieszą. Jeszcze nie widziałam, żeby ktoś kto miał wysiąść na kolejnym przystanku czatował przy drzwiach od chwili gdy autobus ruszył z poprzedniego. Nikt poza mną. Bo ja, proszę Państwa, no jakoś nie mogę usiedzieć i jak magnesem wiedziona sunę do drzwi kiedy wiem, że następny przystanek jest mój. Sunę, choć wiem, że przede mną jeszcze dwie przecznice i korek jak ta lala.

Mimo ostentacyjnego ziewania Kalifornijczyków, mody na budowanie z brudnych talerzy makiet Krzywej Wieży i chaosu przesiadkowego, z moimi nerwicami żyje mi się tutaj naprawdę dobrze. Nie występują tu zachowania, które tak bardzo uprzykrzają mi życie w Polsce. Doceniam, że kiedy stoję w kolejce do kasy nikt nie trąca mnie wózkiem i nie napiera na mnie. Doceniam, że Amerykanie używają perfum oszczędnie lub wcale, dzięki czemu w autobusach nie czuję się jak w drogerii. Doceniam, że chaos przesiadkowy nikogo nie wytrąca z równowagi, że wszyscy potrafią się w nim odnaleźć, nikt nie robi niepotrzebnego rabanu, a kierowca daje pasażerom dużo czasu na ogarnięcie się. Doceniam, że panuje tu wysoka świadomość ekologiczna i że wszędzie porozstawiane są kubły na odpady kompostowe, recyklingowe i śmieci „śmieciowe” i że wszyscy tu pilnują żeby papier poplamiony sosem wyrzucać do kosza “compost” a nie “recycling”. Doceniam kawę dolewaną bez proszenia się o dolewkę. Doceniam powszechność automatycznych drzwi i turnikietów, dzięki czemu dotykanie klamek i innych przedmiotów macanych dziennie przez setki osób ogranicza się do minimum.

Nie da się ukryć, że w San Francisco jestem mniej narażona na traumy wynikające z moich nerwic, niż w Polsce. Gdyby tylko nie składali tych talerzy. I gdyby jeszcze gasili światło kiedy wychodzą z pokoju… I jeszcze parę innych rzeczy…