8 maja 2014 Po czwarte

Pierwsze kody za płoty

Ktoś może pomyśleć, że nadchodzi koniec świata, bo naprawdę… jeszcze niedawno bardziej prawdopodobne było, że słońce zajdzie na wschodzie, niż że ja zacznę się uczyć HTML i CSS. A jednak! Po tym, jak rozczuliłam się oglądając film, na którym pająk mości się w piasku, podświadomie postanowiłam chyba przechodzić samą siebie i pokonywać swoje ograniczenia. Zarejestrowałam się na polecanym przez wielu Codecademy i ruszyłam do boju (mając u boku Programistę gotowego nieść pomoc o każdej porze dnia i nocy). Przede wszystkim kierowała mną jednak chęć stania się bardziej samodzielną i sprawdzenia siebie. Uznałam, że mogę się wiele nauczyć, a jeśli okaże się, że choćby nie wiem co nigdy nie będę demiurgiem webowym, to obrócę wszystko w żart, razem się pośmiejemy i grzecznie wrócę do swojej powieści, w której wszyscy uprawiają seks i do tańców spiskich w kalifornijskim polish klubie.

Pierwszy raz miałam z Codecademy

Jak zaczęłam, to już nie mogłam przestać. Poważnie. Programista mówi do mnie wieczorową porą: “Co porobimy?”, a ja mu całkiem poważnie odpowiadam: “Chodź, kochany, pokodujemy sobie”. W życiu nie miałam do czynienia z czymś tak logicznym i klarownym: każdy paragraf to <p>, <h1> to największy nagłówek, jeśli chcesz zmienić czcionkę na helvetikę, piszesz: font-family: helvetica. Piękne, oczywiste, pozbawione wyjątków.

Codecademy serwowało mi króciuchne notki często okraszone nienachalnym dowcipem, wydawało polecenia, podpowiadało jeśli byłam w kłopocie i wskazywało wersy, w które zakradł się błąd. Na koniec każdego rozdziału rozwiązywałam bardziej złożone zadanie i za każdym razem przepełniała mnie dzika satysfakcja, zwłaszcza kiedy Programista wypowiedział się na temat poziomu trudności: “Jestem pod wrażeniem, że to zrobiłaś. To nie było takie łatwe. Sam musiałem o tym z minutę pomyśleć” (mi zajęło to pół godziny, albo i więcej).

Doszłam do wniosku, że kluczem do bycia maestrą w tej dziedzinie jest dobra pamięć, dokładność i zdolność do łączenia z sobą różnych elementów. Z tym łączeniem to jest troszkę jak z gotowaniem, tylko że nie ma tego irytującego czynnika “na oko”. Produktem ubocznym lekcji było krocie poematów powstałych dzięki manipulacji paragrafami i nagłówkami (niech żyje dadaizm!) oraz dziesiątki cyfrowych wyznań miłosnych do Programisty, w których wyrażam swoje uczucia za pomocą divów i linków.

Treehouse na drzewo!

Po zakończeniu kursu na Codecademy miałam poczucie, że potrzebuję to wszystko “przerobić” co najmniej jeszcze raz. Jednak jako osoba niecierpliwa, z łatwością popadająca w spleen, nie podjęłabym się ponownej wędrówki tą samą drogą. Dowiedziałam się, że Treehouse cieszy się znakomitą opinią, a jego użytkownicy wręcz uzależniają się od rozwiązywania kolejnych zadań. Treehouse w przeciwieństwie do Codecademy nie jest darmowy. W zależności od wybranego pakietu kosztuje $25 lub $49. Na miesiąc. Oferują jednak dwutygodniowy okres próbny. I na całe szczęście (!), bo byłabym bardzo rozczarowana, gdybym zapłaciła za udział w tym festiwalu nudy i monotonii, który porównać można chyba tylko do wykładów z epistemologii, w których brałam udział na trzecim roku studiów filozoficznych, czy lekturą “Stu lat samotności”.

Z ekranu komputera spoglądał na mnie sympatyczny mężczyzna. Bardzo powoli jął tłumaczyć mi różne rzeczy (użytkownicy mają możliwość przyspieszenia tempa tych monologów, co w efekcie jest dość zabawne). Jestem niemal pewna, że tempo narracji przyjęli za twórcami serialu “Hannibal”. To była mordęga… W porównaniu z lekcjami serwowanymi przez Codecademy, te wymagały ode mnie nieskończonych zasobów anielskiej cierpliwości i zacietrzewienia. Jegomość wygłaszał ciurkiem dziesięciominutowe wykłady, co rusz ukazując mi czego to on nie zmalował w HTML, a na sam koniec wyznaczał mi uberłatwe zadania, podsumowujące ubernudny wykład w zaledwie kilkunastu procentach. Na koniec każdego rozdziału czekały na mnie testy rodem z Duolingo, czyli: “zapytamy cię o pierdółkę, która nijak ma się do całokształtu przedsięwzięcia, tylko po to, żebyś nie zdał”. Nie, dziękuję. Zdecydowanie wolę uczyć się z Codecademy, mimo że nie ma tam fikuśności w stylu “przyspiesz tempo mówienia lektora” i fanfar z okazji przejścia do kolejnego etapu. No i wolę te $25 odłożyć na upatrzone lakierowane Martensy.

Planuję w niedalekiej przyszłości przeprowadzić się z kawalerki na Tumblr do apartamentu w WordPressie, toteż weszłam po kostki w kurs wordpressowy (oho! osiągam szczyty myślenia metaforycznego). Treehouse oferuje tuziny filmików, na których widać nic innego jak wordpressową stronę internetową, a z offu dobiega ten sam usypiający głos, który tłumaczy użytkownikom, że nagłówki ustawia się tu i tam, a hasło zmienia się tutaj. Dobranoc… Może i znajdą się osoby, dla których formuła proponowana przez Treehouse okaże się atrakcyjna. Mnie wszelkiego rodzaju tutoriale i filmy instruktażowe nudziły od zawsze, toteż jeśli nie wiem, jak użyc color range w programie Photoshop, szukam w pierwszej kolejności artykułów, dopiero w ostateczności decyduję się na obejrzenie filmów. Za każdym razem jestem wdzięczna, gdy udzieli mi się krótkiej wskazówki i pozwoli na samodzielne działanie, bez dygresji i demonstracji.

„Moja pierwsza strona internetowa w HTML i CSS”

Niepocieszonej mnie z pomocą przyszła książka Damiana Wielgosika. Bez konieczności wysłuchiwania wykładów i odpowiadania na głupie pytania, zaczęłam równolegle czytać i pracować w programie Brackets. Te same co w Codecademy treści (nie może być przecież inaczej), a jednak przedstawione z innej strony. To ma sens, taka zmiana punktu wyjściowego. O ile w Codecademy miałam wrażenie, że przechodzę od szczegółu do ogółu, o tyle Damian Wielgosik na dzień dobry prezentuje mi określoną całość i tłumaczy mi: “O, tu masz Agatko nagłówek, a tutaj zdjęcie do artykułu. W HTML będzie to wyglądało tak i siak.” Jest w całej jego narracji wyczuwana jakaś cierpliwość, to bardzo ważne, bo ja szybko się płoszę, oraz pewnego rodzaju wspaniałomyślność, bo tłumaczy łopatologicznie, a ja nie czuję się urażona (na przykład jak mnie Programista pyta, czy wiem, co to są bitcoiny, to czuję się urażona).

A na czym polega cierpliwość w słowie pisanym? Ano na tym, że szczegółowość w tłumaczeniu zagadnień utrzymuje się na stałym poziomie oraz na tym, że autor z czasem nie skłania się ku stosowaniu skrótów myślowych. Szkoda, że Damian Wielgosik nie pisze podręczników do fizyki. Z przyjemnością bym przeczytała. Uniknęłabym kolejnych dyskredytujących mnie dialogów z Programistą. Takich jak ten:

– (obraca butelkę z płynem do naczyń górą do dołu i silnie nią wstrząsa) Wiesz co sprawia, że ten płyn spływa na dół?
– (ze wzrokiem cielęcia) Grawitacja….?
– Nie. Grawitacja to by była gdybyś odwróciła i czekała aż samo spłynie.
– No to nie wiem.
– Siła odśrodkowa (refleksyjnie) Siła odśrodkowa…

Książka Damiana Wielgosika dostępna jest tutaj.

Co dalej ze mną będzie?

Cały czas szukam dla siebie wyzwania, celu który będę mogła osiągnąć łącząc rozwój z zabawą. Nie chcę powtarzać projektów innych, chcę wymyślić coś własnego, choć nie ukrywam, że pozostaję pod wielkim wrażeniem Jennifer Dewalt i jej 180 websites in 180 days. Jeśli zatem przyjdzie Wam do głowy jakiś interesujący pomysł, piszcie śmiało, a ja tymczasem usunę podkreślenia pod linkami. Teraz wiem jak to zrobić!
    • Ania

      Ojej, zainspirowałaś mnie bardzo :)

      • Cieszę się. Do dzieła!