23 października 2014 Ameryka

Samotnie, brzegiem morza, po sezonie

Michał Witkowski metaforycznie powiedział kiedyś, że “zawsze lubił sam, brzegiem morza, po sezonie”. Bardzo mi się spodobała ta sentencja i przywołuję ją często, kiedy chcę podkreślić, że lubię rzeczy inne niż wszyscy oraz, że podoba mi się to, co podoba się mniejszości. To zdanie sprawdza się również kiedy chcę wyrazić, że jestem bardzo szczęśliwa kiedy jestem nieszczęśliwa, w związku z czym instynktownie lgnę do okoliczności przyrody melancholijnych i przygnębiających. Plaża oceaniczna w San Francisco nadaje się do pogłębiania melancholii wręcz znakomicie. Jest wyśmienita do samotnych spacerów, wzdłuż brzegu, po sezonie. Polecam.

Trasa spacerowa, którą chcę Wam tym razem zaproponować, to nie jest trasa dla mięczaków. Koleżanki, z którymi umawiam się na popołudniowe herbatki i które tak, jak ja, bez kapelusza ani rusz, uprzedzę od razu, że o fikuśnych kreacjach mogą zapomnieć. Tym razem obowiązuje nas kreacja na piechura. Dla wygody polecam także obuć się w buty, które można sprawnie zdjąć (założyć), bo znajdują się na trasie miejsca, gdzie plaża zwyczajnie znika i trzeba lawirować między skałami po uda w wodzie. Wtedy to albo decydujesz się na bosaka, albo niebezpieczne przeskakiwanie z kamienia na kamień. Zalecam też zabranie plecaka wypełnionego prowiantem, uzupełnionego o butelkę kalifornijskiego wina.

Najbardziej przygnębiający szlak turystyczny na świecie ma swój początek w Lands End. Pisałam już o tym miejscu, bo jest to moja ulubiona lokacja w San Francisco, do której często wracam. Niezwykle malownicza, średnio popularna wśród turystów, nasycona atmosferą końcówki XIX wieku. Lands End należało niegdyś do niezwykłego przedsiębiorcy Adolfa Sutro, którego zasług dla San Francisco nie sposób zliczyć. Dziś na terenach, gdzie znajdowała się jego rezydencja, szklarnie, obserwatorium astronomiczne i słynne baseny, znajduje się klimatyczny park. Zazwyczaj wieją tam silne wiatry, polecam więc zaopatrzyć się w ciepłe napoje w tamtejszej księgarni, która oferuje także gustowne suweniry. Z okien księgarni rozpościera się piękny widok na pozostałości basenów Sutro.

sutro
Baseny. Miejsce jedyne w swoim rodzaju, ulubione szczególnie.

lands end
Cliff House

lands end
Lands End

lands end
Trasa biegnie wzdłuż tego brzegu. Tak daleko, że nie widać końca. Bystre oko wypatrzy też jeden z wiatraków, o których wspominam w dalszej części tekstu.

lands end

Nigdy wcześniej nie widziałam początku plaży i nie mówię tu o plażach nad jeziorem, czy dzikich, greckich, ukrytych między skałami. Mam na myśli plażę morską lub oceaniczną. Tymczasem plaża w San Francisco ma początek wyznaczony betonowym murem. Ciągnie się on wzdłuż dwupasmowej ulicy, która prowadzi do zoo, jest zatem w weekendy szczególnie ruchliwa. Przy aurze, na którą narzekają mieszkańcy tej części miasta (dzielnice Richmond i Sunset), na którą składa się silny wiatr i permanentna mgła, to betonowe ogrodzenie robi szczególne, przygnębiające wrażenie. Ja jestem oczywiście wniebowzięta.

We wspomnianej wcześniej księgarni kupiłam widokówki przedstawiające plażę na przełomie XIX i XX wieku. Była żywa, pełna ludzi, eleganckich pań w kapeluszach. Wzdłuż plaży rozbijały się namioty cyrkowe i wesołe miasteczka. W kierunku basenów Sutro kierowały się, idąc wzdłuż plaży, tłumy ludzi. Dorożki, pojedyncze samochody, na niebie balony. Dzisiaj urzędują tu przede wszystkim surferzy.

surferzy

wedkarz

bunkier

Piasek jest szorstki w dotyku, sprawia wrażenie jakby był brudny, wymieszany z ziemią. Jednak strzepuje się z pięt równie łatwo, co piasek z nadbałtyckich plaż. I w żadnym razie nie brudzi.
Maszerując brzegiem w żwawym tempie, dojście do plaży przy zoo zajmuje nie więcej niż godzinę. Że znajdujemy się na wysokości zoo, zorientujemy się dzięki tłumom ludzi, którzy przy okazji wizyty w zoo, postanawiają tłumnie wtarabanić się na plażę z całym piknikowym majdanem.
Polecam się jednak nie spieszyć i zboczyć z drogi w kierunku Golden Gate Park. Znajdują się tam dwa zabytkowe wiatraki.

wiatrak

Niedługo po tym, jak miniemy plażę przy zoo (a o zoo pisałam tutaj), trafimy nareszcie na to przewężenie, o którym wspominałam wcześniej. Żałuję, że nie mam żadnego zdjęcia z tego fragmentu trasy. Sami rozumiecie chyba, że nie da rady fotografować, gdy w jednej ręce trzyma się parę ciężkich butów, a drugą gorączkowo podciąga się zsuwające się nogawki spodni. Uprzejmie Was uprzedzam, że przy nadejściu takiej fest fali, woda sięga do półuda. Ten fragment plaży można pokonać w kilkanaście minut. Wrażenia niezapomniane.


Jeśli do tej pory jeszcze nie zdjęliście butów, to teraz jest najwyższy czas.


Takie rośliny zalegają wzdłuż całej plaży. Średnio mają po dwa metry długości. Kiedy zamoczysz nogi, oplatają kostki. Mocno niepokojące wrażenie.

Kiedy już mamy za sobą tę najbardziej skalistą część trasy, trafiamy do tej najbardziej wyludnionej. Żywej duszy! Gdzie okiem nie sięgnąć tylko rude piaskowe skały, na których ktoś kiedyś wyrył wyznania miłosne i szarobury piach. W tym miejscu było mi już najbardziej „samotnie, wzdłuż brzegu i po sezonie” niż kiedykolwiek wcześniej. Szum fal zdaje się być idealną ścieżką dźwiękową do zdobytych tam szczytów melancholii, ale jednak nie odmówiłam sobie wysłuchania swoich ulubionych postrockowych kawałków.


Na końcu tego fragmentu plaży znajduje się stos betonowych bloków, których nie sposób obejść (można je dostrzec na zdjęciu). Jedyne wyjście, to przejść górą. To nie jest łatwe zadanie, więc domyślam się, że wiele osób mogło zwyczajnie zawrócić. Szkoda, bo warto iść dalej.

Kiedy już z satysfakcją stwierdzam, że udało mi się dotrzeć do emocjonalnych Żuław Wiślanych, nieoczekiwanie trafiam w centrum jednego z najbardziej słonecznych (nawet w pochmurne dni) i pozytywnych miejsc w San Francisco. Mianowicie, na plażę dla psów. Po paru godzinach wędrówki, los rzuca mnie w kotłowaninę uszczęśliwionych psów. Nie mam więc wyjścia i szczęśliwię się razem z nimi.


To nie jest samozwańcza, dzika plaża dla psów. Ten teren podarowało czworonogom ich miasto. Gdzie się nie rozejrzysz, trafiasz na ślad psiej obecności. Nie, nie mam na myśli psich kup, bo Amerykanie sprzątają po swoich zwierzętach. Mam na myśli wykopane nory. I po stokroć wyjątkowe płaskorzeźby. Takie jak ta.


Albo ta.


Znakiem rozpoznawczym plaży dla psów są pozostałości fortyfikacji obsmarowane przez graficiarzy.

Podczas godziny, którą spędziłam tam na czytaniu książki i rysowaniu, fotografowałam psy kiedy tylko trafiała się ku temu okazja. A trafiała się często! Czas upływa tam tak szybko i przyjemnie, że łatwo stracić czujność i dać się zaskoczyć przypływowi. To dosyć niebezpieczne, zwłaszcza dla takich nieprzytomnych dusz, jak ja.
Oto moi psi towarzysze:

pies na plazy
Tego wariata już Wam kiedyś przedstawiałam, ale myślę, że nie można przesadzić w publikacji zdjęć psów szczęśliwych do nieprzytomności (Podtrzymuję, że jest to najlepsze zdjęcie, jakie kiedykolwiek zrobiłam).

psy z sf

Największą niespodzianką na tej trasie, jest jednak jej zakończenie. Wcześniej wyczytałam w przewodnikach, że Fort Funston to na mapie miasta wyjątkowe miejsce i że każdy szanujący się wielbiciel San Francisco powinien się tam udać. Wiedziałam, że zbliżamy się do Fortu, a jednak nie byłam przygotowana na takie wrażenia!

Okazuje się, że kilka kroków za plażą dla psów, ma swój początek przepiękne pasmo stromych, zielonych klifów z piaskowca. Można oszaleć! Natychmiast stanęły mi przed oczami obrazy Hoppera z latarniami morskimi, przepaściami, domami nieopodal urwisk…

Na górę można dostać się schodami, które nie bez powodu nazywają się Stairs from Hell, bo po prostu wypruwają flaki. Ja oczywiście wybrałam jeszcze trudniejszą drogę, krętą, opiaszczoną, wydeptaną przez innych, którzy lubią inaczej niż wszyscy. Coś mi podpowiadało, że decydując się na alternatywną drogę pod górę, wygram coś naprawdę ważnego. I tak się stało, bo nie jestem w stanie zliczyć odkrytych zakątków, obrośniętych zielenią, z pięknym widokiem na Pacyfik. I kolejny raz tego dnia: żywego ducha! Te wszystkie wyjątkowe miejsca tylko dla mnie (i dla jaskółek, które wiją tam swoje gniazda)!

Po dotarciu na górę okazuje się, że trafiłam prosto na ścieżkę, z której startują lotniarze. Tego dnia było ich wielu na niebie. Chciałabym kiedyś tego spróbować.

Niewiele zostało po wzniesionym podczas I Wojny Światowej Forcie Funston. Kiedyś znajdowały się tam również koszary, dziś natknąć się możemy co najwyżej na pojedyncze baterie.


Fort Funston leży nieopodal jeziora Merced.

Najbardziej melancholijny szlak na świecie ma, jak widać, bardzo optymistyczne zakończenie. Cała wędrówka zajęła mi około pięciu godzin, włączając godzinę spędzoną na plaży dla psów. Warto jednak zarezerwować sobie cały dzień, tak aby nie musieć się spieszyć i swobodnie móc pokontemplować zarówno te przygnębiające zakątki, jak i te radosne, pełne dobrej energii.

Obiecałam sobie, że piknik w Forcie Funston będzie pierwszą rzeczą, jaką zrobię kiedy znów wyruszę do San Francisco.

Łapcie mapę!


źródło
1. Lands End 2. Wiatraki w Golden Gate Park 3. Zoo 4. Tutaj plaża znika 5. Szczyty melancholii 6. Plaża dla psów 7. Fort Funston