Seksowne-startupy-czyli-mariaz-technologii-i-erotyki
19 lutego 2016 Po czwarte

Seks i nowe technologie. Osiem bałamutnych startupów, które powinieneś znać

Trzy lata temu trafiłam do Doliny Krzemowej, w samo centrum technologicznego tygla. Ja, osoba kompletnie niezorientowana w innowacjach i biznesie, z nostalgią spoglądająca wstecz, od dziecka ubolewająca nad tym, że urodziła się sto lat za późno, organizująca swoje życie wokół nauki, sztuki i świętego spokoju, z dala od „kariery”, „biznesu”, „dużych pieniędzy”. Ze względu na wrodzoną skłonność do przesady, chciałabym może napisać, że zderzenie z tym światem, tak różnym od mojego, było bolesne. Szczęśliwie, nie bolało ani trochę. Oczywiście, zanim przyjechałam do San Francisco nie miałam pojęcia, czym jest startup, Ruby był klejnotem wyjątkowej urody, Nexus powieścią Henry Millera, a aplikacja – atłasową różyczką przyszytą do bluzki. Oczywiście. Wszystko było nowością! A jednak Dolina Krzemowa przyjęła mnie wyjątkowo życzliwie.

Każdego dnia byłam świadkiem technologicznych cudów i często czułam się jak ten przedszkolak, który w tureckim siadzie podziwia popisy zaproszonego magika performera. A tu królik z kapelusza! A tu pieniądze zza ucha! A tu silikonowe bransoletki zliczające skwapliwie wszystkie moje kroki i podskoki!

Dzisiaj wiem o całym tym zgiełku znacznie więcej, ale nowinkom technologicznym i różnej maści wynalazkom, wolę przyglądać się z bezpiecznego dystansu. Nie porzuciłam notesów dla Evernote’a. Nadal wolę rzeczowe rozmowy telefoniczne niż godzinne tyrady z „wizją” na skypie, czy google hangout. Telefon nie zastąpi mi aparatu fotograficznego, a kindle „żywej” książki. Mimo wszystko, wróciłam z San Francisco odmieniona, żywo zainteresowana startupami, a dokładnie porywami ludzkiej kreatywności i talentem do dostrzegania potrzeb.

Wpadłam na pomysł, żeby ożywić odrobinę tę zaniedbaną kategorię wpisów, którą szumnie nazwałam „technologie” i opowiedzieć Wam trochę o startupach. Na pierwszy ogień: technologie i erotyka, czyli sexy startups.

Tabu, czyli porozmawiajmy o tych sprawach

Aplikacja ruszy dopiero wiosną, ale już dziś zapowiada się nieźle. Została stworzona z myślą o kobietach po to, aby służyć im pomocą wtedy, gdy tego potrzebują. Masz pytanie? Trapią cię wątpliwości? Skorzystaj z Tabu i miej pewność, że pomogą ci starannie wybrani eksperci, a nie gremium domorosłych specjalistek od wszystkiego. Pomysł jest bardzo prosty, ale jeśli komuś wydaje się, że zbędny (w końcu żyjemy w szczęśliwych czasach, w których o seksie możemy rozmawiać swobodnie) spieszę z wyjaśnieniem, że wcale nie. Warsztaty, które prowadzi Nat z Proseksualna.pl, i w których z najwyższą przyjemnością zawsze uczestniczę, uświadomiły mi, że wiele kobiet potrzebuje porady i wsparcia. Wierzę w sukces Tabu i trzymam kciuki.

Ostinato dla onanistów cierpiących na samotność

Trudno mi przewidzieć co wyniknie z projektu Ostinato, ale zdecydowałam się o nim wspomnieć z dwóch powodów. Po pierwsze, interesuje mnie w jakim kierunku będzie rozwijać się seksualna sfera życia wziąwszy pod uwagę tak dynamiczny rozwój technologii, z jakim mamy do czynienia dzisiaj (osobiście uważam, że nastąpi przewrót i ludzie prędzej, czy później powrócą do kontaktów bezpośrednich). Po drugie myślę, że to może być całkiem do rzeczy zabawka, jeśli oczywiście projekt zostanie zrealizowany. A o co w nim chodzi?Twórcy mówią, że to wynalazek, który zrewolucjonizuje masturbację. Oto zapaleni onaniści udręczeni poczuciem samotności mogą odetchnąć z ulgą i od teraz onanizować się w parze z kimś nieznajomym, zapoznanym dzięki aplikacji Ostinato. Ja zaś wolę wyjść z założenia, że jest to nowa sposobność internetowego, całkowicie anonimowego flirtu. Więcej niż kamerki, więcej niż chat, więcej niż listy miłosne. Ostinato swoim użytkownikom zapewnia bowiem nie tylko aplikację, ale również dwa atrybuty – po jednym dla mężczyzny i kobiety. W całym tym rozgardiaszu chodzi zatem o jedno: nawiązujesz kontakt z wybranym nieznajomym i przystępujesz do dzieła. Piszesz słodkie słówka, kokietujesz, wdzięczysz się i przymilasz, a w międzyczasie sterujesz gadżetem, z którego korzysta osoba po drugiej stronie. I vice versa. Podsumuję to tak: wiedziałam, że ktoś to kiedyś wymyśli.

HER. Internetowy L World

Aplikacja dla lesbijek, ale ostrożnie z pochopnymi osądami – to znacznie więcej niż Tindr, czy Grindr. Oprócz możliwości przeglądania profili i prowadzenia korespondencji, użytkowniczki mają dostęp do informacji na temat nadchodzących wydarzeń branżowych i wszelkiej maści nowinek z ogólnoświatowego podwórka LGBT. Podoba mi się optymistyczny i z lekka nonszalancki charakter tej aplikacji. Ładne.

We are L

Uwaga. Słuszna sprawa: zamawiasz w sklepie L. prezerwatywy najwyższej jakości, a za każdą zakupioną przez ciebie sztukę, jedna trafia do Afryki. Założycielką L. jest fotoreporterka Talia Frenkel, która przejęła się losem tamtejszych kobiet, zarażonych wirusem HIV/chorujących na AIDS. Wiele z nich miała okazję poznać podczas swoich podróży, które odbyła w ramach współpracy z Czerwonym Krzyżem. Projekt z prezerwatywami jest jej sposobem na udzielenie pomocy kobietom, które jej potrzebują, podniesienie jakości ich życia, ale przede wszystkim na ograniczenie rozprzestrzeniania się choroby.

Omgyes, czyli obożetak

Kolejna za Tabu edukacyjna rewelacja. Oto dostępne dla każdej kobiety na świecie kompendium wiedzy na temat żeńskiej przyjemności. Twórczynie przyznają, że przygotowując instruktażowe filmy odwoływały się do najnowszych badań z obszaru seksuologii, ale również bezpośrednich doświadczeń dwóch tysięcy kobiet w wieku od osiemnastu do dziewięćdziesięciu pięciu lat. To robi wrażenie. Na czym jednak polega sekret tej rewelacji i co sprawia, że w Dolinie mówi się o niej głośno? Okazuje się, że diabeł tkwi w ekranach dotykowych, za pośrednictwem których użytkowniczki mogą zweryfikować zdobyte na Omgyes informacje. Na filmie wprowadzającym wygląda to dosyć zabawnie.

Ohmibod, czyli omójtyboże

To pierwszy na świecie wibrator z aplikacją mobilną i sexy zabawka dla par, którą można używać na naprawdę dużą odległość. Tutaj jednak, w przeciwieństwie do Ostinato, z urządzenia korzysta tylko jedna osoba. Druga nią steruje – wybierając gotowy program i dostosowując go do sytuacji, wystukując rytm na ekranie dotykowym, czy jedynie poruszając smartfonem. Doskonała sprawa dla rozdzielonych kochanków – zupełnie nowy wymiar wyjazdów w delegację.Ciekawostką jest również to, że wibracje Ohmibod mogą dostosować się do muzyki, choć jak głosi legenda – sprawdza się to jedynie przy basowych uderzeniach. Przy songach pościelowych może już nie być takich sensacji. Zabawka jest popularna i dostępna w Polsce, między innymi w poznańskim Bossy (pisałam o tym tutaj).

Skoro przywołałam Ohmibod, powinnam też wspomnieć o produktach Lovense. Dwa z nich zostały stworzone z myślą o kobietach – to wibrator Nora i bullet Lush, jeden z myślą o mężczyznach – to Max. Artefakty sterowane są przez aplikację na małą i dużą odległość, ale mogą również zostać z sobą zsynchronizowane i umożliwić lowelasom „long distance sex”. Takie fikołki umożliwiają też produkty Kiiroo – Onyx i Pearl. Jak widzicie, naprawdę nie możemy narzekać na brak możliwości wyboru.

Make love not porn!

Dziękujmy losowi za Cindy Gallop! Ta pani, która otwarcie mówi, że lubi porno i często po nie sięga, od kilku lat poświęca się obalaniu najpopularniejszych mitów mających swoje źródło właśnie w filmach dla dorosłych. Napisała książkę, udziela wywiadów, prowadzi szkolenia, ale przede wszystkim: stworzyła Makelovenotporn.tv. To tutaj pary mogą publikować swoje osobiste sexy nagrania – wszystko po to, żeby uświadomić zabłąkane owieczki, jak naprawdę wygląda para, która się kocha. A tych wyglądów jest tyle, ile jest par we wszechświecie: „MLNP.tv isn’t porn. It isn’t ‘amateur’. It’s realworldsex in all its funny, messy, wonderful, silly, beautiful, ridiculous, reassuring humanness!”, jak czytamy na stronie. Pomyśleć tylko, że wszystko zaczęło się od słynnego wystąpienia madame Gallop na TED.

Spoonr, czyli słodkie zakończenie

Na koniec zostawiłam ciekawostkę. To Spoonr, aplikacja dzięki której możesz umówić się na… przytulanie. Przyznam, że z zaskoczeniem przyjęłam informację, że pomysł się spodobał – okazało się, że wiele kobiet zniechęciło się z czasem do Tindra i zapragnęło czegoś bardziej niewinnego. W ślad za nimi poszli też mężczyźni. Na czym polega zabawa? Zakładasz konto i uzupełniasz je o niezbędne dane, takie jak to, kim jesteś, co lubisz i czego oczekujesz. Aplikacja dostarcza ci wtedy informacji, kto jest w pobliżu i ma ochotę na to samo co ty. Jeśli obie strony zainteresują się sobą, otrzymują informację na temat miejsc, w których się znajdują i… no tak… mogą się spotkać. Żeby się przytulić.Na koniec mała prośba do Was. Jeśli tylko mieliście okazję zaprzyjaźnić się z którymś z produktów, dajcie znać. Jestem piekielnie ciekawa wrażeń!