mission dolores park
20 maja 2015 Polska

Sposób na Poznań

Rozwód z Poznaniem nie był łatwy. Oto z dnia na dzień opuścić miałam ulubioną Śródkę i Chwaliszewo, zapomnieć o zakupach na placu Bernardyńskim i spacerach wzdłuż Warty, powiedzieć do widzenia ukochanemu Teatrowi Polskiemu. Oczywiście tłumaczyłam sobie, że San Francisco to będzie tylko romans, a moje serce już zawsze należeć będzie do Poznania i że jeśli wrócę do Polski, ponownie zamieszkam właśnie tam. Tak też się stało. Po roku amerykańskiej przygody, jestem tu znowu.
Nie dogadujemy się. Mnie brakuje uśmiechniętych mieszkańców, jemu moich zachwytów. Ostatecznie czuję się tu, jak na wygnaniu. Tak. Jestem w Poznaniu na wygnaniu, zupełnie jak Kazimiera Iłłakowiczówna. Z tą różnicą, że ona napisała o tym wiersz. Ja zaś staram się pokochać miasto na nowo. I wszystko wskazuje na to, że znalazłam sposób. Kupiłam rower.

Różowe Salto

W dzieciństwie miałam różowe Salto. Uwielbiałam ten rower! W tajemnicy przed rodzicami udawałam się na samotne wycieczki do podinowrocławskich wsi i pod wieżę ciśnień, tuż za parkiem solankowym. Dla takiej grzecznej siedmiolatki jak ja, eskapada “na wieżę” to było istne szaleństwo. Wycieczki w tamtym kierunku odbywałam każdego dnia wakacji, mimo że koleżanki straszyły mnie, że w pobliskim małpim gaju czają się ekshibicjoniści.

I tak, ten wakacyjny zwyczaj zakończył się spektakularnym finałem. Pewnego ciepłego sierpniowego popołudnia, wybrałam się na Salto pod wieżę ciśnień. Słońce było wspaniałe, na niebie żadnej chmurki, w rzepaku hulał wiatr.  Było naprawdę pięknie. Wtem, nieoczekiwanie,  z tyłu wieży dobiegło mnie popiskiwanie. Jako dziecko niewinne i ufne skojarzyłam te dźwięki z pomiaukiwaniem kociąt, a ponieważ za kotkami przepadałam już wtedy, podjechałam rowerkiem…

Niewiele pamiętam poza tym, że byli młodzi, nadzy i wyglądali, na moje dziecięce oko, całkiem ładnie. Rzecz jasna, widok mnie poraził. Uciekłam natychmiast. Na całe szczęście mój instynkt przetrwania przezwyciężył instynkt opiekuńczy i nie czułam się w obowiązku odnalezienia kociego miotu w tej plątaninie nagich ciał. Tak czy siak, pędziłam na Salto do domu tak, że aż się za mną kurzyło. Patrząc na to, jakie prędkości rozwijam na rowerze dzisiaj, zaryzykuję stwierdzenie, że tamtego sierpniowego dnia pobiłam swój rowerowy rekord prędkości. A potem przestałam jeździć rowerem.

Dlaczego nie chciałam roweru

Nie chciałam roweru, bo bałam się kierowców samochodów, a ścieżek rowerowych jest za mało. Nie chciałam, bo tam i siam jest górka i jadąc rowerem na pewno obleją mnie poty. I zniszczę sobie fryzurę. Nie chciałam roweru, bo rowery są ciężkie, a ja zwykle mieszkam w kamienicach bez windy. Nie chciałam, bo rowery kradną i mi też na pewno ukradną. Nie chciałam, bo mam dużo sukienek, szpilek i kapeluszy no i jak to z tym wszystkim na rower. To w skrócie. I wtedy zobaczyłam Dolores.

Lady Dolores herbu Chillovelo

Miłość od pierwszego wejrzenia. Piękna, wyjątkowa, ekstrawagancka. Kiedyś w podobny sposób zachwyciłam się fortepianem i srebrnym naszyjnikiem z kryształami górskimi wielkości gałek ocznych. Wiedziałam, że będzie moja. Przedziwne, ale jakże w moim stylu: zdecydować się na zakup roweru, bo jest pięknym przedmiotem.

chillovelo w lizbonieWizualizuję sobie, jak pięknie by było z Dolores w Lizbonie.

Twórcami Dolores Chillovelo są moi serdeczni przyjaciele z Poznańskiej Manufaktury Rowerowej: Asia i Mikołaj. Od początku serdecznie im kibicowałam i podziwiałam za to, że tak umiejętnie łączą pasję z pracą, tyle wkładają w to wszystko serca, tak bardzo są zaangażowani, oddani i przepełnieni wiarą w to, co robią. Prawdziwi szczęściarze, bo realizują marzenia, ale trzeba to przyznać – uczciwie na to zapracowali. Każdy jeden rower jest dopieszczony i wygłaskany przez nich oboje. Patrzysz na taki jednoślad i myślisz: powstał z miłości.

A ja, skończona leniwa łajza, marudziłam, że czemu, ah czemu nie robią skuterów tak pięknych, jak te rowery! Doprawdy, jestem sobą po stokroć zażenowana. Nie wiem, czy kiedykolwiek poszłabym po rozum do głowy i polubiła jednoślady, gdyby nie moja ruda piękność.

Dlaczego Dolores

Dolores jest rowerowym odzwierciedleniem San Francisco. Kolorystycznie i konstrukcyjnie niesamowicie przypomina mi Golden Gate Bridge. Kiedy na nią spoglądam, wracam też myślami do ukochanego Mission, gdzie sprzedają najsmaczniejszy sok pomarańczowy na świecie i wianki uplecione z pomarańczowych róż. Swoje imię zawdzięcza nazwie mojego ulubionego miejsca: Mission Dolores Park.
To tam w ciepły dzień zakupisz od wędrownego sprzedawcy pyszny rum w orzechu kokosa, najesz się najlepszym chlebem z pobliskiego Tartine Bakery, popodglądasz trenujących linoskoczków, pobawisz się z mopsami. To tam spotkasz ludzi wyprowadzających na spacer innych ludzi przebranych za psy, introwertyków w body suits, najprzystojniejszych na świecie mężczyzn (u których nie masz żadnych szans, jeśli jesteś kobietą). To tu zawsze świeci słońce, gra muzyka, a ludzie ciągle się bawią. To najszczęśliwsze miejsce w całym San Francisco. Mission Dolores. Dolores. Mój rower.

dolores park
W Mission Dolores Park Tim Burton nakręcił sceny do „Big Eyes”.

Zapomniałam dlaczego nie chciałam roweru

Wszystkie argumenty antyrowerowe diabli wzięli odkąd ujeżdżam moją rudą Chillovelo. Schody mi niestraszne, bo nawet taki słabeusz jak ja, udźwignie 15 kilogramów jednoślada. Sama jazda kosztuje mnie niewiele wysiłku, bo Dolores jak nabierze rozpędu, mknie jak na szynach i wspomaganiu. Górki, które los złośliwie stawia mi na drodze pokonuję z godnością bez jednej kropelki potu. Samochody mi niestraszne, bo trzymam się kurczowo ścieżek rowerowych i małych uliczek (nawet jeśli kosztuje mnie to nadłożenia drogi), a wszystkie kontakty z kierowcami aut są pozytywne z lekkim odcieniem flirtu. Przynajmniej tak sobie tłumaczę te sytuacje, w których kierowca gestem daje mi do zrozumienia, że mnie przepuszcza, a ja uśmiecham się i daję znak, że to ja przepuszczam jego, na co on, że nie i tak aż do zmierzchu…

Jeżdżę ostrożnie, bez pośpiechu, tempem hrabiny. Oznacza to, że można mi bez problemu towarzyszyć na piechotę. Jeszcze się nie zdarzyło, żebym wyprzedziła innego rowerzystę. Zazwyczaj kiedy robią to inni, śmieję się w duchu obmyślając kolejne hasła na moje autorskie rowerowe koszulki:

autorska_koszulka_rowerowa

autorska_koszulka_rowerowa2

Inne miasto

Poznań przemierzany na rowerze jest lepszym miastem, zachwyca na nowo. To z pewnością złudzenie, ale wydaje się nawet bardziej czysty, podobnie, jak mieszkańcy, którzy są jakby milsi. Obmyślam własne trasy rowerowe, skoncentrowane wokół moich ulubionych miejscówek i spędzam całe popołudnia, kreśląc z Dolores łączące je, niewidzialne linie. Podzielę się nimi z Wami już następnym razem. Będzie bardzo agatowo. Obiecuję.

kukania

    • Michalina

      Bardzo fajnie napisane! Zgadzam się – te rowery są takie piękne! Mam nadzieję, że moja Kicia nie słyszy.
      Piszę ten komentarz właściwie jeszcze po to, żeby powiedzieć, że głosuję na koszulkę „i tak spotkamy się na światłach”. To mój faworyt :)

      • Dziękuję i pozdrawiam Kicię.

        Co do koszulek, chyba jednak nie widać, że na jednym zdjęciu przedstawiłam „przód” i „tył”… Mea culpa, trzeba było wrzucić koszulki na modelkach :-)
        Serdeczności!

    • vesper

      Ale że moment. Pochodzisz z Inowrocławia? Piąteczka! Ja z rozrzewnieniem wspominam wycieczki konne po małpim gaju… Na rowerze faktycznie nie czułabym się tam bezpiecznie ;) Teraz wszystko wybrukowali i to miejsce straciło cały tajemniczy urok…

      • Piąteczka, Vesper! :-)

        Mnie też boli ten pozbruk w małpim gaju, ale miejsce wciąż jest mi bliskie. Chodzę tam za każdym razem, gdy przyjeżdżam do rodziców.
        Pozdrowień moc!