15 października 2014 Polska

Szlakiem krakowskich sex shopów cz.1

Ludzie podróżują po świecie i urządzają sobie wycieczki po lokalnych restauracjach, sklepikach i galeriach. Ja urządzam sobie wycieczki po lokalnych sex shopach i wmawiam sobie, że oto opracowuję kolejną technikę zgłębiania różnic kulturowych. Przede wszystkim zaś, zaspokajam czystą ciekawość. Muszę to przyznać, że zachowania seksualne człowieka interesują mnie od zawsze. Pasję tą nieświadomie zaszczepili we mnie rodzice w chwili, gdy podarowali mi książeczkę z bocianem na okładce. Miałam wtedy cztery lata i nie mogłam się nadziwić, że układ rozrodczy żeński wygląda jak głowa byka, a męski jak kran w komplecie z słuchawką prysznica. Prawdziwych zawrotów głowy dostałam jednak jakiś czas później, kiedy dowiedziałam się, że w całym ambarasie rozchodzi się o to, by ten byk połączył się jakimś sposobem z baterią wannową. Lata mijały, a ja dowiadywałam się, że tych sposobów jest nieskończenie wiele. Dzisiaj interesują mnie przede wszystkim właśnie te sposoby.

Zastanawiałam się, jak Kraków, który słynie ze swojego konserwatywnego klimatu, wypadnie na tle innych miast, w których miałam już okazję przeparadować szlakiem przybytków z bedroom equipment. No i muszę to przyznać, że wypadł nieźle. Mimo, że w więcej niż jednym sklepie, spotkałam się z opinią, że strapon jest dla lesbijek. Znaczy, że tylko dla nich.

Naszą wirtualną wycieczkę szlakiem krakowskich sex shopów rozpoczniemy od butiku Coco, miniaturki Pink Elephant i sieciówki Ann Marie Lov. Wszystkie znajdują się niedaleko siebie.

Coco z ulicy Meiselsa

Sklep Coco, nazwany (nie wiedzieć czemu) butikiem, był pierwszym przystankiem na trasie. Elegancki i bardzo dobrze wyposażony(!) zrobił na mnie dobre wrażenie już na samym wejściu. Na każde zadane przeze mnie pytanie, ekspedient miał gotową odpowiedź (czy może raczej precjozum), a przyznam, że puściłam wodze fantazji. Na rozgrzewkę spytałam go o “wibrator wykonany z materiału o charakterystycznej miękkości członka we wzwodzie” (pierwszy raz spotkałam się z tym zgrabnym porównaniem w tekście Proseksualnej), a on doskonale wiedział o co mi chodzi i bez zastanowienia zaprezentował dwa artykuły, które rzeczywiście były w dotyku jak należy.

Sprzedawca może nie wygrałby konkursu na najbardziej czarującego ekspedienta Krakowa, ale ja po sex shopach nie chodzę po to przecież, by się zaprzyjaźnić. Odbyłam za to wielce merytoryczną rozmowę o blaskach i cieniach prowadzenia podobnego interesu w Polsce, a także o skłonności rodaków do kupowania badziewia i różnicy w napięciu prądu elektrycznego dzielącej Polskę i Stany Zjednoczone:

– Widzi pan, Magic Wand można kupić w Stanach, ale co z tego, jak w Polsce nie będzie działał, bo prąd.
– No widzi pani. Ale mamy coś takiego (i wskazuje półkę, na której znajdują się odpowiedniki kultowego masażera), podobno nie ma żadnej różnicy.
– A nakładki do tego są? Bo do Hitachi są! (brzmi to tak, jakbym mówiła: Bo w Ameryce…)
– No nie ma. Nie ma.

albo:

– Trzy sex shopy w Warszawie zamknęli niedawno, proszę pani. Splajtowały.
– Ojej! Dlaczego?
– Allegro.

Moje pytające spojrzenie sprawia, że ekspedient pęka i zaczyna gorzką opowieść o “dajmy na to sprzedawcach niech będzie, że okien”, którzy kupują bezpośrednio od producenta zabawki “na przykład marki Lelo, bo Lelo to akurat tutaj dobry przykład” w liczbie powiedzmy, że tysiąca. I kontynuuje, że ten sprzedawca okien wystawia te wibratory na Allegro po niskich cenach i że te wibratory im schodzą. Schodzą, bo są tańsze niż w sklepach takich jak Coco. Taki sprzedawca nie płaci ani podatku, ani nie ponosi żadnych kosztów utrzymania lokalu. Na koniec ekspedient mówi, że Lelo u niego nie kupię, bo Lelo w sklepach wykończyło Allegro i że jeśli chcę zrobić u niego zakupy, a nie lubię badziewia, to on proponuje Fun Factory. Na koniec dodaje, że to OCZYWISTE, że nie proponuje akcesoriów Dorcela, bo to OCZYWIŚCIE buble. Nie wiedziałam. Wiem za to, że nigdy nie kupię zabawki na Allegro.

Z tematu mariażu sprzedawców okien i dildo marki Lelo, przeszliśmy płynnie w pogawędkę o preferencjach rodaków:
– Polacy mają w dupie jakość.
– No… – odpowiadam błyskotliwie.
– Kupują badziewie.
– No…
– Daleko nam do Zachodu, tam ludzie wiedzą, że warto na te rzeczy wydać trochę więcej pieniędzy.
– No…

I w tym momencie pierwszy raz dostrzegam w spojrzeniu sprzedawcy iskrę pasji. To ten moment, w którym zaczyna wymieniać nazwy sklepów w Niemczech. Tych kilkupiętrowych, wspaniale zaopatrzonych, wypełnionych klientelą.

Najmniejszy z najmniejszych

Pink Elephant mieści się przy ulicy Krakowskiej. Z napisów szczodrze rozmieszczonych wokół wejścia, dowiadujemy się, że można tu kupić LUBRYKANTY!!! i BIELIZNĘ! I wiele innych rzeczy, w tym BUTY! Chwytam więc za klamkę i WCHODZĘ!!!

Moja pierwsza myśl to, że to pułapka. Oto znalazłam się w pomieszczeniu nie większym niż kiosk, albo winda. Nerwowo rozglądam się, czy przypadkiem nie stoję na jakiejś zapadni, przez którą wlecę do tajemniczego pomieszczenia, w którym wycinają ludziom nerki (stare lęki mają się świetnie) albo do burdelu. Zapadni nie widzę. W ogóle ledwo co widzę, bo krawędzie wszelkich przedmiotów (o tym za chwilę), mebli i ścian zlewają się przez niemożliwie intensywne, czerwone światło. Nagle zza mini lady wyskakuje młody mężczyzna i pyta, w czym może pomóc. Jest sympatyczny, ale ja zastanawiam się, czy po całym dniu spędzonym w tej czerwieni, nie idzie gdzieś w miasto żeby obić komuś mordę.

Rozglądam się i już wiem, że w niczym nie będzie mógł mi pomóc. Na półkach dostrzegłam niestety niewiele rzeczy. Wintydżowe wibratory, jakieś tubki (to pewnie te LUBRYKANTY!!!) i akcesoria popularnej w Polsce firmy Leder. Trudno mi cokolwiek, co znajduje się w sklepie, wziąć za pretekst do rozpoczęcia rozmowy, więc mówię święte “dziękuję, rozglądam się tylko”. Całe to rozglądanie trwa dwa machnięcia ogonem. Wychodzę i całą drogę do kolejnego sklepu zastanawiam się o co chodzi i czym naprawdę jest Różowy Słoń, no bo to przecież niemożliwe, żeby to był po prostu sex shop.

Najlepszy sprzedawca roku 2014

Na Dietla mieści się jeden z moich faworytów całej sexshopowej trasy, a to za sprawą sprzedawcy. Przypuszczam, że jest on również właścicielem, bo tak oddany interesowi może być tylko jego właściciel. Kiedy tylko zorientował się, że ma we mnie uważną i zaintrygowaną słuchaczkę, jął opowiadać mi anegdoty z historii sklepu, włączając, ku mojej radości, te przeze mnie ulubione szczególnie. O rekordzistach.
Rozmowa o rekordzistach zaczyna się tak:

– Niech mi pan powie… – zaczynam chwytając największe dildo w sklepie, albo jakiś plug. – Czy ludzie naprawdę kupują takie rzeczy?!
I choć oczywiście wiem, że kupują, to jednak nie mogę się powstrzymać. Jeśli sprzedawca jest kontaktowy, takie zaproszenie do dłuższej rozmowy jest najbardziej skuteczne. To taki lodołamacz. Tak było również i w tym przypadku:
– To jeszcze nic! – odpowiada, a jego oczy płoną i już wiem, że zapowiada się świetna rozmowa. – Widzi pani ten korek? – mówi wskazując na gigantyczny silikonowy plug, który okazuje się być tak ciężki, że z powodzeniem można by go używać do przytrzymywania bramy wjazdowej. – Był ostatnio facet i mówi, że to jeszcze za małe!

Usłyszałam wcześniej już milion podobnych historii, ale i tak zupełnie szczerze mówię: “Zadziwiają mnie możliwości ludzkiego ciała, proszę pana”. W odpowiedzi dowiaduję się, że „ale przecież tak nie można od razu”, że zaczyna się od mniejszych, takich maluśkich i w konsekwencji biorę udział w wykładzie na temat seksu analnego. Jestem pod wrażeniem zaangażowania ekspedienta i nawet nie śmiem mu przerywać.

Najciekawiej robi się, kiedy rozmowa schodzi na temat straponów. Pytam, czy ma takie w formie koronkowych majtek. W Polsce jeszcze nigdzie takich nie widziałam, a w San Francisco są niezwykle popularne (zasłużenie, bo ze wszystkich akcesoriów, one znajdują się w czołówce tych najładniejszych i najbardziej eleganckich). Po ostrzejszej wymianie zdań, podczas której pan upierał się, że koronka nie utrzyma strapona i że coś mi się przyśniło, odpuszcza w końcu i przyznaje zmartwiony, że w tym bardzo dobrze zaopatrzonym sklepie jednak czegoś nie ma. Próbuje zwrócić moją uwagę na strapony na lateksowych paskach. Już po zdjęciu na opakowaniu widać, że to bubel i że najpewniej zamiast dumnie i twardo sterczeć ku górze niczym róg jednorożca, kiwać się będzie na boki. Sprzedawca odczytując moje myśli sam przyznaje: “Przeceniłem to, bo to kółko, o tutaj, wypada. No nie trzyma się. Ale w Castoramie pani sobie może kupić kółeczko do tego. No za dwa złote, a trzymać będzie.” To ten moment, w którym zakochuję się w sprzedawcy.

Na koniec trafiam do kącika książkowego, gdzie pod stosem erotycznych komiksów (!), odnajduję książkę samej Eriki Lust.

mapa

1. Coco Butik dla dorosłych: ul. Meiselsa 4; 2. Pink Elephant: ul. Krakowska 5; 3. Ann Marie Lov: ul. Dietla 73

To dopiero początek wycieczki. Lada dzień pojawi się dalsza część opracowania, z którego dowiecie się jak działa najbardziej fikuśny wibrator na świecie, ile kosztuje wynajęcie pokoju na godziny i jak wygląda glory hole po krakowsku. No.
    • Jestem pod wrażeniem *__*

    • Klaudia KB

      Kurczę, nigdy nie byłam w sex shopie, ale mieszkam na przeciwko jednego i nigdy nie widziałam, żeby ktoś tam wchodził. Za to z okna widzę, że chyba specjalizują się w filmach ;) Dzięki Tobie poznaje te wszystkie nazwy typu strapon i mogą sprawdzić na google :) chyba kiedyś się wybiorę i opiszę Ci swoje wrażenia ;)

    • Agata, a kiedy wybierzesz się do Warszawy? Bo jakoś nie wspominałaś o tym. Czekamy na relację z Warszawy!!

    • Jest to na pewno mniej typowy sposób na zwiedzanie miasta :)