erotyka_w_poznaniu
28 marca 2015 Polska

Szlakiem poznańskich sex shopów

Można by pomyśleć, że sex shopy to temat, który szybko się wyczerpie i stanie mało porywający. W końcu ile można patrzeć na te wszystkie fanty i pytać ekspedientów o najciekawsze przygody z klientami? I tu niespodzianka, bo okazuje się, że na artefakty patrzeć można długo, bo producenci nie zwalniają tempa jeśli chodzi o wprowadzanie innowacji i prześcigają się w realizowaniu potrzeb swoich klientów. Fantazja ponosi zaś klientów od lat i nic nie wskazuje na to, aby miało się to zmienić. Podczas rozmów z właścicielami sklepów zazwyczaj pojawia się wiele ciekawych anegdot i jeszcze się nie zdarzyło, żeby trafiły się dwie takie same.

Dzisiaj opowiem Wam o sex shopach poznańskich. Dotychczas przedstawiłam Euforię na ul. Mickiewicza oraz Bossy na ul. Ratajczaka. Podczas niedawnego spaceru po Poznaniu, okazało się, że przede mną wciąż jest wiele nieodkrytych sexshopowych lądów, a biznes, choć zgłębiany przez ostatni rok wyjątkowo intensywnie, ciągle potrafi mnie zaskoczyć.

Shop Beta

Oficjalnie wnoszę o nadanie sklepowi Beta statusu sex shopu vintage. A dokładnie polish vintage. Ci, którzy do dziś pamiętają oranżady w woreczkach, z pewnością pamiętają też wnętrza sex shopów z wczesnych lat 90. Za ladą mężczyzna, na półkach rzędy wibratorów w tekturowych pudełkach, niczego nie możesz sam wziąć do ręki – musisz poprosić i TO powiedzieć. TO, czyli na przykład: “Chciałabym zobaczyć to szklane dildo”, albo wbić się na jeszcze wyższy stopień bezbronności i odarcia z intymności i wydusić: “A czy są większe?”.

W sex shopach lat 90 wszystko jest albo na półkach poza zasięgiem twojej ręki, albo za gablotką. Zawsze jest ciemno i cicho (ten specyficzny klimacik wywiera najwyraźniej spory wpływ na klientów, którzy dzień dobry i do widzenia wymrukują raczej niż wypowiadają). Te sklepy to kult, a Shop Beta z ulicy Górna Wilda ma w sobie sporo tego kultu, choć powstał znacznie później.

Skromnie zaopatrzony, przypominający mi ten pamiętny, krakowski, będący częścią Black&White, okazuje się jednak czymś “przy okazji”. Sercem interesu jest tu bowiem salon masażu i erotyczne kino. Zabawki, które oferuje sklep są tu przede wszystkim po to, aby gość, który skorzystał z dobrodziejstw kinematografii miłości, wildeckiego teatru nagiego tańca i le massage w wykonaniu gospodyń, mógł – zapewne pod wpływem impulsu – zabrać ze sobą do domu odpowiedni suvenir. Rozbroił mnie absolutnie właściciel tego miejsca, który z pasją opowiadał o przygodach związanych z prowadzeniem tego sklepu, blaskach i cieniach branży, produktach dostępnych w sklepie, ekscentrycznych klientach, a nawet o cudownych uzdrowieniach! Tak właśnie. Zdarzyło się bowiem nieraz, że w progi Bety zawitał staruszek o lasce, który po trzygodzinnym maratonie filmowym, wyszedł z przybytku krokiem żwawym i pełnym werwy.

To miejsce autentyczne, które nie pretenduje do bycia lokalem ekskluzywnym, z aksamitnymi poduszkami, żyrandolami i fortepianem ustawionym w kącie. Nie jest to nawet sex shop z tych “nowoczesnych, otwartych i przyjaznych”. To po prostu salon masażu z kinem i sklepikiem na dokładkę, który daje ci poczucie kompletnej anonimowości. I tyle. Nie jest dla każdego, mimo że wśród klientów znajdują się zarówno dżentelmeni w garniturach z pobliskich biur, jak i mężczyźni niczym się nie wyróżniający i mogący pracować w szpitalach, myjniach samochodowych, czy szkołach. Nie jest dla każdego, mimo że przychodzą tu pary w każdym wieku i każdej seksualnej orientacji (podobno Betę szczególnie upodobali sobie geje). I mimo, że klientami są staruszkowie, młodzi mężczyźni, mężowie z żonami, żony z mężami i młodziutcy zakochani – wiele osób może uznać to miejsce za odrzucające. Taki klimat trzeba lubić.

Tajemnice ulicy Głogowskiej

Z pewnością każdy poznaniak kojarzy zrujnowany budynek przy Głogowskiej z lewa i prawa upstrzony krzykliwymi tablicami informacyjnymi „Sex Shop!” „Masaż!” „Striptiz!”. Nie sposób ich nie zauważyć z okna tramwaju, czy zignorować przemierzając ulicę na piechotę. Ciekawe, że kogokolwiek pytałam o to miejsce, każdy odpowiadał jakoś tak: “Kojarzę, kojarzę. Zawsze chciałem tam wejść, ale się bałem.” Rzeczywiście, okolica nie wydaje się szczególnie przyjazna.

Zaopatrzona w notes na wypadek ewentualnych wywiadów, kawę – w razie gdyby od świergotania zaschło mi w gardle, oraz przede wszystkim obstawę w osobie Programisty, udałam się w głąb. Najpierw pierwszego, potem drugiego podwórka. Musicie wiedzieć, że spalony budynek otoczony jest sex shopami z dwóch stron.

Sklepik lewy

Maleńka chatka, której brakuje tylko kurzej nóżki. Przypomina troszkę te budy z jednorękimi bandytami, które wyrastają w Poznaniu jak grzyby po deszczu. Otwieram drzwi i zamiast automatów do gier zastaję starszego pana oglądającego na starym telewizorze serial na polsacie. Pyta, czy może w czymś pomóc, a ja odpowiadam, że nie, że rozglądam się tylko. Sytuacja do złudzenia przypomina tę ze sklepiku Pink Elephant w Krakowie: asortyment jest tak ubogi, że jestem zupełnie zdezorientowana i nie wiem, co dalej ze sobą począć. Jest mi nieskończenie absurdalnie pomiędzy tymi półkami po których hula wiatr i zabawkami, które choć wyglądają jakby je sprowadzono z dalekiej przeszłości, ceny mają współczesne. Brakuje tylko, żeby ten pan spytał mnie nagle “na ile losowań i czy chybił trafił”, bo całe to miejsce przypomina mi właśnie salonik prasowy z totolotkiem, z tym że zamiast kolorowych gazet, na półkach zalega asortyment sprzed 30 lat. Kiedy wychodzę, Ewelina Lisowska śpiewa “Włączamy niskie ceny”…

Sklepik prawy

Na środku uliczki prowadzącej do sklepu w głębi podwórza siedzi czarny kotek. Kiedy się zbliżam, znika w oknie piwnicy spalonego budynku. Gdy wystarczająco się oddalę, wraca na swoje miejsce. Później, kiedy będę wracać, powtórzymy z kotkiem dokładnie ten sam taniec. Z perspektywy czasu uznaję to kocie spotkanie za doskonałe intro do tego, co mi się w sklepiku prawym miało za moment przydarzyć…

sex_shop_na_glogowskiej_poznan

Sklep mieści się w parterowym budynku na środku podwórza. Rewelacje zapowiada przybyłym blondynka z dużym biustem i kolczykami, którą ktoś odmalował na kawałku dykty. Jest przygnębiająco i obskurnie, ale ani myślę się wycofać. Oto jest wyjście ze strefy komfortu z prawdziwego zdarzenia!

Po otwarciu drzwi uderzył mnie znajomy zapach dzieciństwa. Wakacje! Oto ośrodek wczasowy w Kątach Rybackich i domki campingowe stają mi jak żywe przed oczami! To zapach lekko zbutwiałych tekturowych ścian, kawy zaparzonej w polowych warunkach i kurzu, takiego jak w muzeum. Niemal natychmiast podbiega do mnie piesek, śliczny mały york. Macha ogonkiem i nawet nie szczeknie. Kiedy starsza pani w poliestrowym fartuszku krzyknie: “Zapraszam, zapraszam. Proszę wejść”, sierściuch zaprowadzi mnie w głąb pomieszczenia. Idąc wąskim korytarzem rozglądam się za erotycznymi akcesoriami, bielizną, lubrykantami, ale bezskutecznie… Zamiast regałów z precjozami, zastaję dwie panie siedzące na kanapie. One też oglądają serial w telewizji. Kiedy starsza w fartuszku chowa się za parawanem, jedna z dam na szezlongu pyta w czym może mi pomóc. Musicie wiedzieć, że jestem osobą wyjątkowo wolno łączącą fakty, więc nawet w tym momencie, kiedy widzę te panie, w negliżu, na tej kanapie, z tym yorkiem, wierzę że jestem w sex shopie. Wierzę w to do końca.

– Dzień dobry – dukam i uśmiecham się. One też się uśmiechają.
– Dzień dobry – odpowiadają chórkiem i popijają kawę (ze szklanek – czy to nie jest fantastyczne?!)
– Ja… – zaczynam – … piszę o miejscach związanych z erotyką… na całym świecie… i tak się zastanawiam, czy… jest tu ktoś z kim mogłabym no… porozmawiać…
– Nie ma! – odpowiada natychmiast jedna z pań i obie zaczynają się śmiać.

Jest w tym śmiechu tyle prawdziwego rozbawienia i pozytywnych emocji, że też zaczynam chichotać i mówię: „To ja już sobie pójdę”. Wycofuję się rakiem. Ich śmiech odprowadza mnie do drzwi i towarzyszy mi całą drogę przez podwórze. Wyobrażam sobie jak zgięte w pół uderzają dłońmi o uda i dławią się ze śmiechu. Orany, myślę sobie, żeby mi w życiu ludzie odmawiali w takim stylu, to będę najszczęśliwszym człowiekiem na świecie.

Sex shopów w Poznaniu jest jeszcze kilka, z pewnością ich nie pominę. Tymczasem chciałabym najserdeczniej pozdrowić panie z domku w głębi podwórza na Głogowskiej, a czytelników uprzedzić: To na Głogowskiej, to nie jest sex shop. Nie jest to sex shop nic a nic!

Shop Beta
ul. Górna Wilda 93

Sklepik lewy i prawy
ul. Głogowska 37

    • Agata, pozdrawiam nieustannie z Warszawy ciekawa warszawskich sexshopów do których bez Ciebie nigdy nie ośmielę się zajrzeć :-)

      • Stolica wciąż nieodkryta. Muszę w końcu coś z tym zrobić :-)
        Uścisków moc z Poznania!

    • kasprownik

      Hej, ale na Głogowskiej tuż koło tego obskurnego(obskurnych?) dziur(y) jest jeszcze niedawno otwarty nowy lokal, nie wygląda źle na pierwszy rzut oka :)

      • Tak! Pechowo w sobotę wcześnie zamykają i kilka razy już pocałowałam klamkę. Ale zajdę tam, zajdę ;-)

    • Martyna Konikiewicz

      Naprawdę uwielbiam to, jak piszesz :) Kiedyś chciałam zrobić serie minireportaży radiowych o sex shopach, ale wtedy chyba byłam za młoda i stchórzyłam :P

      • Dzięki! Przede mną jeszcze kilka poznańskich sex lokacji, więc jeśli masz ochotę do mnie dołączyć, daj znać :-)